Wieści z Płocka i okolic

Adam Czejgis
Jak sam o sobie pisze: ” … prosty robotnik na rencie, całe życie bezpartyjny, harcerstwo w młodości i krótki epizod w „Solidarności””
Teraz działa w KOD Płock, bo jak twierdzi „nawet stan wojenny nie przeraził mnie tak bardzo jak obecne poczynania władzy.”

15 października 2016

„Ojczyznę wolną racz odkłamać Panie”

Jak wiele czołgów, jak wiele armat mieli Hitler i Stalin, by zniewolić Polskę?
Jak wielkich armii, jak potężnego przemysłu, jak potężnego aparatu represji i propagandy potrzebowali, by okupację utrzymać, by zniewolonych Polaków kontrolować?
I przez 50 lat nigdy do końca, to im się nie udało.

Jak małej grupie współobywateli, jaka mała siła, jaka odrobina intelektu, starczyła, by zniewolić 40-milionowy kraj w środku Unii Europejskiej?
Nie mieli czołgów, nie mieli armat – mieli KŁAMSTWA.
Kłamstwa – długie noże współczesnych Barbarzyńców.

Kłamstwa PiS-u – śliską, trującą mazią oblepiają polskie miasta, wsie, lasy i pola. Cuchnące rzeki, dymiące strumienie, brudne deszcze nie ominą, nie oszczędzą żadnego mężczyzny, ni kobiety, ni starca, ni dziecka. O skuteczne odtrutki, o wiarygodne mydło coraz trudniej, gdy napływają wciąż nowe oszczerstwa, jeszcze bardziej toksyczne, jeszcze bardziej kleiste i zalepiają nam oczy i uszy, odłączają mózg, zamykają tlen, gaszą światła.

Głęboko wierzę, że jak niegdyś z mroków zaborów i okupacji, tak i dziś, a najpóźniej jutro Polacy zmyją z siebie smrody zależności, tak od obcych, jak i od swojskich oszustów i tyranów.

Krzysztof Łoziński ‒ Ojciec Chrzestny Założyciel

Gutenberg wynalazł druk, Edison – żarówkę, Fleming – penicylinę, a Łoziński wymyślił KOD.
„Komitetem Obrony Dotychczasowości”, nazwał go min. Błaszczak – zrobił to z nieukrywaną ironią, żeby nie powiedzieć, z obrzydzeniem.
„Dotychczasowość”, której broni KOD, to między innymi, wolność, równość, demokracja, osiągnięte przez 27 lat ciężką pracą i poświęceniami 40-tu milionów obywateli Rzeczypospolitej pod wieloma rządami różnych opcji i kolorów politycznych, także PiS-u w latach 2005-2007. Dotychczasowość ta, panie min. Błaszczak, to przede wszystkim trójpodział władzy i nadrzędność polskiej „Konstytucji”, na której zmianę „Naród” nie dał mandatu, więc PiS bezprawnie ją obezwładnia.
„Dotychczasowość” ta, to nie PO, nie SLD, PSL, PiS… „Dotychczasowość” ta to wolny kraj, gdzie minister spraw wewnętrznych nie decyduje któremu obywatelowi, które święto wolno, lub nie wolno świętować, w jakiej manifestacji może brać udział, w którym pogrzebie uczestniczyć.
Polska „Dotychczasowość” to przez 27 lat wciąż rosnąca polityczna, gospodarcza, kulturalna, naukowa, wojskowa ranga Polski w Europie i w Świecie. To świeckie otwarte Państwo Polskie, przyjazne wszystkim religiom, kulturom, narodom i rasom.
Takiej „Dotychczasowości” broni, o taką walczy Komitet Obrony Demokracji.
I za taki KOD i taką obronę serdeczne Panu Panie Krzysztofie dzięki i nieśmiała prośba o jeszcze.

 

15 września 2016

Krótka historia narodzin „zdrajcy”.

Rząd PIS kwestionuje naszą „kodowską” Polskość, naszą uczciwość, nasz patriotyzm – tak jak odmawiał nam ich Gomułka, Jaruzelski, a naszym dziadom i ojcom, car, Hitler, Stalin, Bierut.
Tamte dyktatury i ich zbrodnie odeszły w mroki piekła historii – dzisiejsze właśnie odchodzą… Jeszcze całkiem nie przyszli, jeszcze nie rozsiedli się wygodnie, a już zasypuje ich popiół z ich własnej pychy, pazerności, nieudolności, niewiedzy.

Lato 1946 roku w Reszlu, małym urokliwym miasteczku na pograniczu Warmii i Mazur.
„Prusy” – dla Natalki dziewczyny z bólu i gruzu „Powstańczej Warszawy.
Polska, po prostu – dla Geńka, akowca z Wilna, a po przejściu frontu, z Suwalszczyzny.
Są dwa tygodnie po ślubie. Natalka zajmuje się domem, jej mąż pomaga w organizacji cyrkowych występów kolegi Jaksztasa, atlety z przedwojennego cyrku Staniewskich.

Była ciepła wygwieżdżona noc: „cyrkowcy” wrócili z pracy nie w pełni na siłach (spirytus był wtenczas najtwardszą walutą) rozstali się pod domem Jaksztasa i Geniek ruszył z kopyta do żony na drugi koniec miasta. W centrum, przez otwarte drzwi sowieckiego posterunku zauważył dwóch „Ruskich” leżących na podłodze, potem jeszcze trzech chrapiących na ławkach. Nie myśląc o konsekwencjach  zdjął wiszące na wieszakach karabiny, zarzucił na plecy i pomaszerował dalej. Broń była ciężka, ruchy Genia niepewne, gubił więc ciężkie pepesze, podnosił, ciągnął po bruku budząc pół miasta.

Łatwo sobie wyobrazić przerażenie Natalii, kiedy jej całkiem świeży małżonek, zadowolony z życia stanął w progu z ruskim arsenałem na plecach. Z alarmowo zbudzonym bratem i bratową, nie bez trudu rozbroili „bohaterskiego” partyzanta, a jego wojenne zdobycze wynieśli i porzucili nad rzeką.
Jeszcze tej samej nocy, z protestującym mocno z żalu za karierą cyrkowca Geniusiem, ruszyli w drogę do Warszawy.

Zamieszkali na Brudnie. Genek pracował przy odbudowie stolicy. Natalia, na warsztacie zrobionym przez męża, tkała szaliki i chusty, które jej mama sprzedawała na bazarze i targach.
W ciągu siedmiu lat urodziło się im czworo dzieci.
W ciągu siedmiu lat umarło im czworo dzieci.
W 1953 roku, w szpitalu Przemienienia Pańskiego przyszło na świat kolejne ich dziecko: zdrowy pięciokilogramowy chłopak – przeżył.

Ani Natalia, ani Genek nie mogli wówczas w swoim szczęściu przewidzieć, ze ich syn, to przyszły „złodziej, komunista, nie mający prawa do Polskości zdrajca Ojczyzny”. Wiem, że gdyby jednak jakimś cudem przewidzieć to mogli – nie mieliby mu tego za złe i byliby z niego dumni . Tak jak dumni z nich byli ich rodzice, a z rodziców dziadkowie…

 

20 lipca 2016

„Trybuna Ludu”: młodym z rejonu Gryfic może kojarzyć się z tygodnikiem regionalnym, ale nam, starszym, z gazetą służącą do prania mózgów, czerwoną flagą i hasłem „Proletariusze wszystkich krajów – łączcie się”.

Dzień pierwszy. Lata siedemdziesiąte, późne popołudnie na stacji kolejowej w Tłuszczu. Dwóch rosłych milicjantów chwyta pod ręce młodego długowłosego mężczyznę, szarpiąc go przy tym i wyzywając. Chłopak wyrywa się rozpaczliwie, jeszcze kilka błysków flesza i milicjanci puszczają ogłupiałego delikwenta i bez wyjaśnień odchodzą.

Dzień trzeci. Bohater dnia pierwszego je śniadanie, kiedy zapłakana matka rzuca mu na talerz „Trybunę Ludu” ze zdjęciem syna wyszarpującego się z objęć dzielnych funkcjonariuszy. Komentarz pod zdjęciem: „Władza ludowa przeprowadziła szeroko zakrojoną, skuteczną akcję przeciwko chuliganom i złodziejom na trasie kolejowej Warszawa Wileńska‒Tłuszcz. A ja? Ja tylko pasowałem do obrazka.

Dzień dzisiejszy. Już nas sortują, na razie do obrazu, później do celi.


18 lipca 2016

I jeszcze raz do walki czas ruszyć, bo faszyzm idzie – powiedział. Papierkiem lakmusowym stanu naszej demokracji nie są badania socjologów, ale głos robotnika z niespełna 200-tysięcznego miasta.

Prosty robotnik na rencie, całe życie bezpartyjny. Jedyna, do niedawna, działalność społeczna to harcerstwo w młodości i krótki epizod w „Solidarności”. ‒ Nawet stan wojenny nie przeraził mnie tak bardzo jak obecne poczynania władzy. To idzie faszyzm: idą, trąbią i machają pałami, a większość z nas udaje głuchych i ślepych. Mówimy, nie będzie tak źle. Będzie, będzie źle i coraz gorzej. Oni się nie zatrzymają, za dużo mają do stracenia. Nie zatrzyma ich Europa, nie zatrzyma Ameryka. Tylko my tu, na „miejscu zbrodni”, możemy w trudzie i znoju dziś i totalnym zagrożeniu jutro zatrzymać tą czerwono-czarną szarańczę. Protesty, demonstracje w reakcji na jawne bezprawie są potrzebne, wręcz niezbędne, niestety coraz mniej skuteczne. Zawsze pozostajemy o krok z tyłu za małym, nieprzewidywalnym despotą i nasza reakcja jest o ten krok, dwa kroki, spóźniona. Raz jeden nie zdążymy i służby, spec-prokuratury, bojówki wojskowe, a wkrótce część sądów zgniotą nas jak pluskwy. KOD, organizacje pozarządowe, opozycyjne partie polityczne ‒ wszyscy rodacy o dobrej woli i wierze musimy próbować przejąć polityczną, społeczną i narodową inicjatywę. Próbować, próbować do skutku, aż do „usranej śmierci” (jak pouczyła nas pani P.). Trzeba raz i drugi wykonać mądry wyprzedzający ruch, zmusić ten nierząd do błędów, jeszcze większej liczby błędów. Taką wspaniałą inicjatywą było powstanie Komitetu Obrony Demokracji. Drugi raz od drugiej wojny światowej udało się zebrać w Polsce pod jednym sztandarem tylu mądrych, odważnych, kochających wolność dobrych ludzi, dobrych Polaków. Jeszcze raz zadziwmy świat, zatrzęśmy tworzącym się na naszych oczach nowym samodzierżawiem. Jeszcze raz i jeszcze raz, do zwycięstwa. Do zwycięstwa rozumu, miłości i demokracji nad głupotą, kłamstwem i zamordyzmem.


6 lipca 2016

Pamiętają powyborcze wyzwiska: mohery, półmózgi, pisuary, katole. We wrześniu głosowali na PiS. Teraz dalej brną (jak nam się wydaje), bo my ich nie szanujemy i nie rozumiemy.

Janek: krótko po siedemdziesiątce, całe życie ciężko pracował, dziś schorowany, mimo tego szczęśliwy, pogodny i troskliwy mąż, ojciec i dziadek. Katolik praktykujący, ale bez przesady, znający wartość swoich uczynków, nie musi na siłę szukać zbawienia przez modły i pokuty w starości. Głosował na PIS.

Halinka: niewiele młodsza od Janka, energiczna dama jeszcze w pretensjach (jak się kiedyś mawiało). Mieszka sama, utrzymuje się ze skromnej emerytury po zmarłym mężu, dzieci gdzieś w świecie. Kościół, przychodnia, plotki z sąsiadkami, telewizor, zakupy to jej świat, jej Polska. Głosowała na PIS.

Dorota: 40 lat, czworo dzieci, mąż w Anglii; jeśli akurat nie pije, to pracuje i trochę przysyła…, coraz rzadziej. Dorota nie lubi Tuska, nie lubi Kaczyńskiego, nie zna Petru. Głosowała na Kukiza.

Adrian: 25 lat, licencjat z zarządzania…, przedstawiciel handlowy. Ojciec, oficer, zginął w wypadku. Matka nie potrafi zakończyć żałoby ‒ prawie się nie odzywa, ciągle choruje. Adrian opiekuje się mamą i siedemnastoletnią niepełnosprawną siostrą. Adrian jest dumny, nie prosi o pomoc. Zawsze głosuje na narodowców.

Tysiące Janków, Halinek, Dorot, Adrianów, lekceważonych, zostawionych samym sobie, niepotrzebnych, zostawiliśmy w pustym polu, na poboczu autostrady do sukcesu, do dostatku, do wolności. Zatrzasnęliśmy drzwi naszych samochodów, naszych domów, naszych głów i serc. A oni stali z boku i coraz śmielej, coraz natarczywiej próbowali nas sobą zainteresować, porozmawiać z nami jak równy z równym, jak człowiek z człowiekiem.

I ruszyły w kraj kolorowe autobusy PIS, Radio Maryja, Kukiza… i zabierały na pokład jak leci zapomnianych Janków, niechciane Halinki, sfrustrowane Dorotki, bojowych Adrianów. Suwerenem ich przezwali, obiecali chleb i szacunek, wielkość i zadośćuczynienie. I uwierzyli, i zagłosowali.

Po miesiącach kilku już widzą jak ich oszukano, znów widzą zatrzaśnięte drzwi. Odjechały kolorowe autobusy. Zostali sami na jeszcze bardziej dziurawej, jeszcze bardziej bocznej drodze. Już wiedzą, że popełnili błąd, i w tym błędzie trwają. Widzą marność wybranej drogi, i idą. Potykają się, boją się, i idą.

Wołamy: Nie bądźcie głupi, chodźcie do nas, chodźcie z nami! Wolność! Równość! Demokracja! Dyktatura nam grozi, bieda będzie! Polska! Trybunał! Europa! Ojczyznę trza ratować, dla dzieci, dla wnuków, dla siebie! Wołamy!

Wołamy, a Oni idą jak zaczarowani, niektórzy pukają się w czoło i większość milczy. Pamiętają powyborcze wyzwiska: mohery, półmózgi, pisuary, katole… Pamiętają porównania: do stada baranów, do narodu idiotów… Pamiętają oskarżenia o sprzedajność: za pińcet kupili ciemniaków… Pamiętają!

Szanowna Kulturo i Inteligencjo! Szanowna Opozycjo! To nie oni wygrali wybory, to nie oni rządzą, to nie Janek ani Halinka oszukali. To ich oszukano. Po raz kolejny… To oni są tu ofiarami PIS-u, ale także was. Okażcie szacunek, przeproście za grzechy jak trzeba i obiecajcie poprawę.

Janku, Halinko, Doroto, Adrianie, przepraszam was z całego serca i wierzę, że kiedyś znowu będziemy się lubić i szanować, jak dawniej, jak ludzie.


3 lipca 2016

W papier mięso, w mięso papier

Wstydziła się za swoich krajan z tej ulicy, z tego miasta, z tego kraju ‒ z tego całego świata. Wstydziła się i bała.

Panie prezesie Kaczyński!

Jestem pana równolatkiem, w tej samej Polsce rodziliśmy się, w takim samym czerwonym kotle spędziliśmy dzieciństwo i młodość . Od 1989 roku już w wolnej ojczyźnie przeżyliśmy wiele rządów, bardziej złych i bardziej dobrych i za żaden z nich nie musieliśmy się przed światem wstydzić – nawet za ten pański 2005‒2007.

Dziś wstydzę się za pana, panie Kaczyński. Wstydzę się za pańskiego prezydenta, za premiera i ministrów. Nie lubię pana, uważam, że każdy dzień rządów PIS to jeden więcej gwóźdź do trumny wolności i dobrobytu w naszej ojczyźnie. Nie osądzam, nie obrażam, nie nienawidzę. Rozbujane wahadło historii już uderza w sufit nad panem. Jutro, pojutrze odbije się i spadnie…, dobrego samopoczucia panu życzę.

Lata 80. (jeszcze przed kartkami). 55-letnia Natalia wyszła na polowanie. Łowy rozpoczęły się szczęśliwie, tuż za rogiem „u rzeźnika” świeża ekstradostawa: kiełbasa, salceson, słonina, kości i kolejka nie za długa. Po dwóch godzinach dostała się przed majestat korpulentnej, mocno nerwowej „pani kierowniczki” i stał się cud, wszystkiego starczyło. Przy wydawaniu reszty sprzedawczyni pomyliła się o znaczną kwotę na korzyść Natalii. Ta, zauważywszy pomyłkę, natychmiast zwróciła pieniądze ekspedientce. Na pyzatej mokrej twarzy „pani kierowniczki” pojawił się podobny do uśmiechu bolesny grymas. W tym samym czasie pakowana do szmacianej torby owinięta w skrawek szarego papieru kiełbasa wypadła z powrotem na ladę. Natalia, widząc „uśmiechniętą kierowniczkę”, odważyła się poprosić o dodatkowy kawałek papieru. W odpowiedzi usłyszała, że jest niezdara, że trzęsą się jej ręce wiadomo od czego, a papier to jest pod wydział.

Tego dnia „szczęście” nie opuszczało Natalii. W sklepie obok rzucili papier toaletowy ‒ cud. Stojąc w kolejce, zauważyła jak drab jakiś gmera w torebce starszej pani. Głośno ostrzegła ofiarę. Wtedy inny drab przystawił zarośniętą facjatę do jej ucha i warknął nieświeżo: „Cicho, stara ruro, jak ci życie miłe”. Natalia nie umilkła ‒ złodzieje uciekli.

Zakupy udały się znakomicie. Domownicy nie rozumieli dlaczego Natalia nie chce z nikim rozmawiać i tylko pochlipuje po kątach. Dopiero po kilku miesiącach podzieliła się z rodziną opowieścią o owym polowaniu. Na pytanie, dlaczego nie chciała wcześniej o tym mówić, odpowiedziała, że się wstydziła. Wstydziła się za swoich krajan z tej ulicy, z tego miasta, z tego kraju ‒ z tego całego świata. Wstydziła się i bała. Bała się, że jej mąż, trochę raptus, były partyzant z Wilna i Suwalszczyzny, zrobi awanturę „u rzeźnika” i pobiegnie łapać złodziei. Bała się jeszcze większych nieprzyjemności.

Jakże wielu rozleniwionych wolnością i względnym dobrobytem, napompowanych niedorzeczną pewnością, że nic złego stać się nie może, że NATO, że Unia… ‒ wstydzi się i nic nie robi, by przestać się wstydzić. Jakże wielu dobrych, mądrych, uczciwością spokojnych ludzi nie wierzy, że w tej chorej PiS-owskiej rzeczywistości prawdą i dobrem można zwyciężyć brutalną siłę kłamstwa i pogardy. Jeszcze śnią latami przeszłymi, w horror jawy uwierzyć im trudno. Jeszcze ślepi, jeszcze niemi – wstaną, przejrzą, krzykną, pójdą.

Do zobaczenia panie Kaczyński, do zobaczenia.

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij