Sam nie wiem, jak to się stało

O roli lidera, działaniach na Pradze Południe, demokracji także w grupie i o sensie istnienia KOD-u w przyszłości.

Z Arkadiuszem Stańczykowskim, koordynatorem grupy KOD Praga Południe, rozmawia Anna Puziewicz

Większość z nas poznała się niedawno, w KOD-zie. Tak samo i my. Ale każdy z nas spędził przedtem spory kawałek życia, które go ukształtowało. Zacznijmy więc od tego, co było przed KOD-em?

– Miałem w życiu dwa okresy, jeden do wyjazdu z Polski, do 1988 roku, a drugi po powrocie, czyli tak od 2010–11 roku. Z tego pierwszego okresu z nostalgią wspominam związki z Kijowskimi 38 lat temu. Rodzice Mateusza prowadzili w parafii na Rakowcu grupę „Włóczykij”, w której ja też działałem, to znaczy opiekowałem się dziećmi, robiliśmy obozy, był chór, wszystko to szalone i trochę antysystemowe, bo powiązane z Klubem Inteligencji Katolickiej. Potem wyjechałem do Francji, skończyłem tam studia, pracowałem, robiłem mnóstwo rzeczy. Zwiedziłem całą Francję, pięćdziesiąt parę budów, więc coś po mnie pozostało i mam nadzieję, pozostanie dalej. Do Polski wróciłem ze względu na chorobę mamy w 2010 roku, no i już tu jestem.

KOD Praga południe
„Jajodrom” akcja grupy KOD Praga Południe 23 marca pod KPRM. Fot Renata Zawadzka-Ben Dor

KOD wyszedł przypadkiem. W listopadzie znajomi zadzwonili do mnie z informacją, że coś się organizuje, jak KOR, ale na bieżącą sytuację. Miałem nawet być na pierwszym spotkaniu praskim, 27 grudnia, ale niestety musiałem wyjechać. Dopiero na drugie, 3 stycznia, przyjechałem.

– Tam się poznaliśmy. Potem odbierałeś ode mnie ulotki na akcję, chyba na 9 stycznia.

– Na początku włączyłem się właśnie w roznoszenie ulotek, rozdawałem je tam, gdzie mieszkam.

– Bardzo niewiele czasu dzieli moment, w którym roznosiłeś ulotki, od tego, w którym zacząłeś organizować działania grupy.

– Sam nie wiem, jak to się stało. Pewnie tak musiało być. Może dlatego, że przypomniały mi się różne rzeczy z młodości, te, które robiliśmy w KIK-u, więc może to wejście było dla mnie łatwiejsze. Nie miałem na przykład problemu ze zorganizowaniem czegoś, z pracą w grupie, a więc z tym, co bywa trudne dla ludzi. Cały czas podkreślam, że czerpię z tego wczesnego okresu, kiedy miałem 12–13 lat. Wtedy wiele się nauczyłem.

KOD Praga Południe
„Jajodrom” akcja grupy KOD Praga Południe z 23 marca. Fot Renata Zawadzka-Ben Dor

– Oprócz KOD-u masz jeszcze życie prywatne, zawodowe. Jak to godzisz?

– Generalnie panu Bogu dwie rzeczy się nie udały: starość i doba, która ma tylko 24 godziny. Niewątpliwie, im więcej się dzieje, tym częściej trzeba z czegoś rezygnować. Coś odkładać, robić kosztem czegoś innego. Nie da się inaczej. Natomiast moją cechą, którą bardzo sobie cenię, jest to, że mogę spać cztery godziny. Poza tym regeneruję się w pracy – im więcej pracuję, tym bardziej jestem wypoczęty. Od lat nie jeżdżę na urlopy dłuższe niż trzy dni, bo nie mogę wytrzymać.

Oczywiście, KOD zabiera dużo czasu, ale ja to lubię i myślę, że gdybym nie chciał czy nie lubił tego robić, zająłbym się czym innym.

– Pewnie tak by było, ale przecież to, że lubisz działać, nie jest jedynym powodem zaangażowania w KOD. Co zatem zadecydowało, że włączyłeś się właśnie w tę działalność?

– Może wynika to stąd, że kiedy jeszcze żyła moja babcia, zawsze w domu mnie uczono, żeby działać pro publico bono. Nigdy nie brało się pieniędzy za przyniesienie, załatwienie czy zrobienie czegoś. Może to we mnie zostało. Natomiast druga kwestia to brak mojej zgody na to, co się dzieje. Nie mam żadnych ambicji politycznych, nie należę do żadnej partii (należę tylko do jednego stowarzyszenia – esperantystów). Najbardziej napędza mnie to, że widzę głębszy sens tego, co robimy, mam na myśli sens głębszy niż tylko chodzenie na manifestacje. Chodzi o edukowanie społeczeństwa, żeby mądrze wybierało, bo że wybiera legalnie, to wszyscy wiedzą. Tylko że jak wybiera tak, jak wybrało, to później mamy taką robotę, jaką mamy.

KOD Praga Południe
Podczas dyżuru grupy KOD Praga Południe i Wawer pod KPRM 23 marca 2016 r. licznik KOD-u odwiedził ksiądz Wojciech Lemański. Fot. Renata Zawadzka-Ben Dor

– Uważasz, że ta działalność edukacyjna ma szansę powodzenia? Że te wszystkie spotkania, dyskusje to nie będzie tylko zryw, taki jak na przykład po śmierci papieża?

– Uważam, że KOD oprócz obrony demokracji, na przykład Trybunału, ma do odegrania niezwykle ważną rolę związaną z edukacją. I to taką od poziomu nastolatków, bo oni za trzy lata będą wybierać. A młodzież jest… nie, nie powiem, że konformistyczna, raczej wygodna – dopóki ciepła woda z kranu leci, nie ma powodu w nic się angażować.

– A jakie możliwości działania widzisz w tym obszarze?

– Oprócz bezpośrednich, bo wszyscy mamy kontakt z dziećmi swoimi, przyjaciół itp. na przykład takie, jak nasza akcja z budżetem partycypacyjnym, typowo KOD-owski projekt „Yes, we can”, który ma ich uczyć demokracji, pokazać, że nie polega ona tylko na wyborach do sejmu, ale na codziennych działaniach, żeby po prostu było lepiej.

Kod Praga Południe
KODerzy z Pragi Południe i Wawra pełnili dyżur pod licznikiem także nocą. Fot. Hanna Korablin

– Ale część młodych w domu słyszy powtarzaną propagandę partii rządzącej, a więc potępianie wszystkiego, co do tej pory zrobiono.

– Tym ważniejsza jest edukacja. Nie chodzi o to, żeby gloryfikować Platformę, ale o to, żeby pokazać, że w ciągu ostatnich 26 lat zrobiono wiele dobrego. Choćby to, że wyszliśmy z sowieckiego kręgu, że jesteśmy w NATO, w UE, możemy jeździć tam, gdzie chcemy, a nie tam, gdzie musimy, i że w ogóle możemy robić mnóstwo rzeczy.

– Są jednak zarzuty, że to, co mówisz, dotyczy wielkich miast, a nie Polski powiatowej, w której jest po prostu bieda.

– Oczywiście, że ludzie muszą mieć pracę, bo inaczej jej szukają, a nie zastanawiają się nad tym, co zmieniać na lepsze. Ale przecież poza wielkimi miastami też powstawały zakłady pracy, mimo że wiele upadło. Trzeba więc pokazać, że takie zakłady będą, jeśli będzie klimat odpowiedni dla działalności gospodarczej, a to zależy od ludzi, którzy stanowią prawo. Żeby dobrze je stanowili, trzeba wybierać mądrych ludzi, a żeby wiedzieć, kto jest mądry, trzeba się uczyć. To właśnie edukacja.

– Skoro już rozmawiamy o ludziach i ich postawach, inne pytanie – jak sobie radzisz z hejtem, którego wokół nas mnóstwo?

– Szczerze mówiąc, osobiście doświadczam hejtu tylko wtedy, kiedy ludzie dzwonią na nasz KOD-owski telefon, ale tego jest coraz mniej. Ludzie dzwonią, żeby się dowiedzieć, jak się zapisać, co robić itp. Ja z hejtem walczę także na swój sposób, np. napisałem projekt partycypacyjny z tym związany, do realizacji w szkołach. Natomiast hejt ogólny, nieskierowany bezpośrednio do mnie, ale ogólnie do KOD-u… cóż, jeśli ktoś obleje nas ekskrementami, to zawsze trochę zostaje. Ale nie jest tak, że przeczytam coś i potem siedzi to we mnie przez pięć dni i boli. Coraz częściej podejmuję próby rozmowy, przekonywania, że można inaczej powiedzieć. Niekoniecznie od razu „jesteś debilem” ale na przykład „twoje IQ jest troszeczkę niższe niż norma”. W dużej mierze chodzi o dobór słów. Jednak najgorszą odmianą hejtu jest ten w rodzinie. Niestety zdarza się bardzo często i prowadzi do strasznych konfliktów.

KOD Praga Południe
Nocny dyżur KODerów z Wawra i Pragi Południe pod KPRM. Fot. Hanna Korablin

– To bardzo niebezpieczna sytuacja – jeśli poglądy polityczne mogą rozbijać rodziny, to stąd tylko krok do siłowych rozwiązań, nie sądzisz?

– Tym większa rola edukacji. Trzeba uczyć, że mimo wielkich różnic pewne rzeczy możemy budować razem. KiK, który ciągle wspominam, miał milion frakcji. Nie było tak, że wszyscy byli jednomyślni we wszystkich sprawach, natomiast ludzie umieli wybrać dobro grupy, a nie własne ambicje. To są procesy na lata. Poza tym myślę, że czasem po prostu nie potrafimy rozmawiać.

– Problemy z rozmową dotyczą nie tylko ludzi o diametralnie różnych poglądach. Wśród nas też jest ich niemało.

– Konflikty będą w każdej grupie. Wielokrotnie miałem do czynienia z taką sytuacją u nas. Jednak skutki to raczej kac moralny niż straty dla grupy. Dobrze zresztą, że te konflikty wyszły już teraz, bo to pozwala pewne rzeczy ukierunkować. Muszę jednak też przyznać, że bardzo mi przykro, że niektóre osoby musiały wyjść z grupy. KOD nie jest monolitem, i bardzo dobrze, ale uważam, że przyłączając się do KOD-u czy grupy, gdzie istnieją pewne zasady, automatycznie godzimy się na ich przestrzeganie.

– KOD nie jest monolitem – jak to rozumiesz?

– Są u nas ludzie o różnych poglądach i osobowościach i najtrudniejsze jest pogodzenie ich wszystkich. Moją metodą jest pokazywanie, że mimo różnic można działać wspólnie. Że każdy z czegoś rezygnuje, żeby nie szkodzić grupie. Pokazuję to na sobie, że sam z czegoś rezygnuję, żeby osiągnąć co innego. I to okazuje się dobrym argumentem.

– Aktywność KOD-erów dowodzi, że ludzie mimo wielu obowiązków mają potencjał, chcą działać, tylko trzeba to wykorzystać. Jaki masz na to sposób?

– Pokazuję, że jest mnóstwo możliwości i każdy może znaleźć coś dla siebie. Ktoś, kto sprawdza się w jednym obszarze, w innym może być kompletnie nieprzydatny, więc nie ma sensu go tam wpychać. Ważne, żeby dać każdemu jakąś niszę, w której może działać. Tyle tylko, że te nisze muszą ze sobą współgrać, działalność w każdej z nich musi być częścią logicznej całości. Na przykład spotkanie z prof. Balcerowiczem: trzeba było zrobić ulotki, plakaty, wynająć salę, ustalić wszystko z profesorem, wydrukować dyplom, kupić kwiaty, przywieźć, odwieźć – tego przecież nie robiła jedna osoba. Każdy może robić coś, co mu odpowiada, włączając się w ten sposób we wspólne działanie.

– Uczymy się współdziałania, wychodzi nam to coraz lepiej. Zakładamy jednak, że w pewnym momencie sytuacja w Polsce wróci do normy. Czy wtedy KOD straci rację bytu?

– Moim zdaniem nadal powinniśmy działać jako ruch społeczny. Po pierwsze, kontynuować działania edukacyjne. Można sobie wyobrazić sytuację, że podczas kolejnych wyborów zwycięża partia, której w tej chwili nie ma w sejmie, partia „y”, która stwierdzi, że nieład, który zastała, jest fajny, ale można go pogłębić. Zmienić coś jeszcze, żeby zapewnić sobie zwycięstwo w kolejnych wyborach. Dlatego edukacja nie może się skończyć, zawsze będzie coś do zrobienia w tym obszarze. Po drugie, naszą rolą jest to, za co obecny rząd tak nas nie lubi. Chodzi mi o funkcję kontrolną, opiniotwórczą. Nie jesteśmy zamknięci jak Korea Północna, nasze działania są widoczne, są struktury UE, które nas widzą i zyskują potwierdzenie, że obecny rząd nie budzi w Polakach powszechnego zachwytu. Takie działanie przyda się zawsze, bo lepiej, jeśli rządzący wiedzą, że ktoś im patrzy na ręce.

KOD Praga Południe
Namiot info przy Fieldorfa. Fot. Iwona Szymanik

– Które z realizowanych działań sprawiają ci najwięcej satysfakcji?

– Oczywiście, nie wszystko robię z jednakową ochotą i miłością. Jednak największą satysfakcję sprawia mi to, że udaje się połączyć te wszystkie odłamy w grupie czy w ogóle w KOD-zie, chętnie uczestniczę we wszystkich spotkaniach, bo zawsze czegoś nowego się dowiaduję. Bardzo lubię akcję „Namiot”, bo to bezpośredni kontakt z ludźmi, natomiast wrzucanie ulotek do skrzynek pocztowych jest średnio atrakcyjne, choć niewątpliwie potrzebne.

Spośród naszych grupowych działań najważniejsze według mnie są akcje namiotowe, bo dzięki nim ludzie widzą, że KOD istnieje. Nie wszyscy korzystają z Internetu, nie każdy ma Facebooka czy czas, żeby go obserwować. Bardzo wiele osób, które widzą namiot i uprzejmych, uśmiechniętych, nienapastliwych ludzi, którzy wiedzą, co mówią, zaczyna się interesować naszym ruchem. Kolejna sprawa to spotkania z takimi postaciami jak sędzia Stępień, profesor Balcerowicz, niedługo redaktor Jarosław Kurski. One mają olbrzymi walor kształcący, często w inny sposób byłoby trudno zdobyć te informacje. Nie mówiąc o tym, że większość z nas nigdy nie miałaby okazji spotkania się z takimi osobami.

– A kiedy nie zajmujesz się KOD-em? Czyli Arek Stańczykowski prywatnie?

– Jestem absolutnie zakochany w języku francuskim i Francji, w końcu mieszkałem tam ponad dwadzieścia lat. Poza tym uwielbiam stare zegary. Od paru lat esperanto, no i w ogóle lubię uczyć się języków – założyłem się, że w ciągu pół roku nauczę się arabskiego tak, żeby móc się dogadać, i wygrałem. Lubię też grzebać w samochodach, dlatego zawsze kupuję stare, w których jest coś do naprawienia i mało elektroniki. Żałuję, że doba ma 24 godziny, bo jest tyle ciekawych rzeczy do robienia…

– A nie myślałeś o tym, żeby zostawić to wszystko i wrócić do Francji?

– Wróciłem do Polski ze względu na mamę i tego nie żałuję, bo to zupełnie inny wymiar sprawy. Oczywiście, mógłbym w każdej chwili pojechać do Francji, nawet do bardzo dobrej pracy, i zostawić KOD i to wszystko, ale czuję, że by mi tego brakowało. Ta robota wciąga, ma sens i widać jej owoce. Coraz więcej osób przychodzi do grupy, na nasze spotkania np. kotyliony czy uniwersytet latający.

Arkadiusz Stańczykowski. Fot. Małgorzata Marczuk
Arkadiusz Stańczykowski. Fot. Małgorzata Marczuk

– Nasza grupa należy do najaktywniejszych w regionie, prawda?

– Tak, ostatnio robiłem zestawienie działań od listopada zeszłego roku do marca tego roku. Samo zestawienie suchych danych, czyli wypunktowanie tego zajęło półtorej strony, wersja z opisem każdego zdarzenia – pełne cztery. Nigdy nie można zapominać, że grupę tworzą ludzie, a nie koordynator. Jeśli koordynator nie umie porozumieć się z grupą, nie potrafi zmotywować ludzi do wspólnego działania, to grupa nigdy nie będzie działać. No i grupy muszą się dzielić doświadczeniami, a nie zamykać. Nie chodzi o to, żeby jakaś udana akcja była własnością Pragi Południe, ale o to, żeby pokazać innym, jak to robimy. Oni czegoś się nauczą, a może potem zmodyfikują. Możemy dyskutować o wielkiej polityce, ale nie można zapominać o pracy organicznej. Trzeba wchodzić w życie własnej dzielnicy, osiedla, podwórka, bo tam ludzie robią rzeczy, które widać. Na przykład siedzimy w knajpce i robimy kotyliony, przychodzą ludzie i mówią, że im się podoba, że nie wiedzieli, że można robić takie fajne rzeczy. Potem się dowiadują, że to robi KOD, więc stwierdzają, że skoro KOD robi również i takie rzeczy, to jest okej. I parę osób trafiło do nas z kotylionów. Zwolenników zdobywa się, wychodząc do lokalnych społeczności i pokazując, że różne działania mają sens.

– Co chciałbyś przekazać na zakończenie naszej rozmowy?

– Ludzie się KOD-u boją. Boją się, że stracą pracę, że spotkają się z niechęcią. Myślę, że KOD trzeba promować indywidualnie. To nie znaczy, że mamy rzucać się na ludzi z okrzykiem „Jestem z KOD-u, kocham was”. Trzeba swoim działaniem pokazywać, że nie jesteśmy tacy, jak maluje nas oficjalna propaganda. W dłuższej perspektywie tędy wiedzie droga do sukcesu.

 

Anna Puziewicz
20.03.2016.

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij