Toast pod Niespodzianką

Wolność słowa jest jak powietrze, doceniamy ją dopiero wtedy, gdy nam jej brakuje.

Przemysław Wiszniewski

Przez lata to było kameralne spotkanie ‒ toast za wolność. Pod Niespodzianką. Tak celebrowaliśmy 4 czerwca ‒ rocznicę słynnych częściowo wolnych wyborów. Teraz prawica się z nas śmieje: cóż to za święto? „Częściowo wolnych”? A te „częściowo wolne” wybory przecież były naszym triumfem, dzięki takiemu rozwiązaniu obyło się bez rozlewu krwi, w eleganckim stylu. W stylu, bo jeszcze ćwierć wieku temu chciało się nam dbać o klasę, a dziś wymóg stylowości nie jest już modny. Trzeba wszystko zawojować pełną gębą, najlepiej rozwrzeszczaną.

Wolność, trzeba pamiętać, nigdy nie jest absolutna. Prasa drugiego obiegu, wydawnictwa bezdebitowe, obywały się ‒  rzecz jasna ‒ bez cenzury, dlatego były tak cenne. Mówiło się na ich łamach pełnym głosem. Były powielane na nędznym papierze i prowizorycznych powielarkach tak małą czcionką, że właściwie najlepiej było je czytać przez lupę. A jednak były dla nas nader cenne, może zresztą także dlatego, że wartościowe teksty przeciwnie do prasy reżimowej docierały do nas w formie mało profesjonalnej, i to był jeden z wyznaczników, że warto się z nimi zapoznać. Niektóre publikacje ukazywały się na emigracji i docierały do nas szmuglowane przez granicę, podobnie jak w eterze, złośliwie zagłuszanym, Wolna Europa czy Głos Ameryki.

Wolność słowa jest jak powietrze, doceniamy ją dopiero wtedy, gdy nam jej brakuje. Reżimy z upodobaniem kneblują nam usta, tamten, komunistyczny, i ten, pisowski. Na razie ocenzurował publiczne media. Ukrywanie prawdy jest warunkiem koniecznym zachowania spokoju społecznego, łatwiej się ludźmi rządzi. Pozbawieni informacji, tkwią w błogim przekonaniu, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Trzeba odwagi, by przeciwstawić się reżimowej cenzurze. W tamtych latach byli tacy, którzy stworzyli prasę podziemną, drugiego obiegu, narażając się na więzienie. KOD też tworzy media obywatelskie na wypadek, gdyby złej władzy udało się spacyfikować niezależne media prywatne, które teraz jeszcze na szczęście działają.

Pod Niespodzianką odbywały się kameralne spotkania, na których bywali Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki  i Bronisław Geremek. A potem ustanowiono tego 4 czerwca Świętem Wolności i spopularyzowano, tak że celebrowano je już w całej Polsce. Nie tylko po to, by wspominać i oddać cześć wielu anonimowym działaczom, kolporterom, autorom, drukarzom, ale także by wciąż na nowo przestrzegać przed niebezpieczeństwem, jakie niósłby powrót  reżimu, a wraz z nim cenzury. Dziś zatem nasz Dzień Wolności będziemy świętować trochę słodko, jak dotychczas, i trochę gorzko, jak przystało na te złe czasy.

I złowrogie przeczucia. Urzędujący prezydent wyjechał za granicę, ostentacyjnie ignorując rocznicę Wolności. Nie chce kroczyć z nami we wspólnym marszu. Nie ma się co dziwić, wszak obecna władza szykuje się do odebrania nam wolności i swobód obywatelskich pod pretekstem ustaw chroniących przed domniemanym terroryzmem.  PiS kontestuje dorobek wolnej Polski i cały projekt III RP, chcąc nas siłą cofnąć do czasów sprzed przełomu 1989 roku. Gmach cenzury wciąż stoi przy Mysiej, budynek KC PZPR zresztą też.

Dziś podczas marszu spróbujemy papierowymi motylkami w barwach narodowych wywołać efekt motyla. Im więcej tych trzepoczących skrzydełek, tym większe prawdopodobieństwo, że wywołamy tak bardzo nam potrzebny wiatr historii, który przepędzi „dobrą zmianę” i napełni znowu nasz kraj pełnią niekwestionowanej wolności.

Przemysław Wiszniewski

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij