W sumie nic się nie stało

Wygolone „… mać” na głowie, czyli jak się kończy lekceważenie regulaminów i zwyczajów.

 Anna Dysińska

Pan M. Korneluk, wstał rano i pognał do łazienki. Niestety, z kranu leciała ciecz o burym kolorze. Pan M. próbował umyć chociaż ręce, ale „woda-nie woda” śmierdziała jak, nie przymierzając, skarpetki po tygodniowym męskim wyjeździe w góry. Zdenerwowany sytuacją chwycił za telefon. Pani z wodociągów miejskich na jego skargę zareagowała spokojnie: – Szanowny kliencie, w kranach ma pan taką wodę, jaką pan ma. Przecież może się pan namydlić i spłukać, a przy okazji zaoszczędzić, bo to są ścieki, więc nie płaci pan za ich oczyszczanie. To w sumie lepiej dla pana. Normy europejskie? Na Zachodzie ruja i poróbstwo, nie będą nam się wtrącały jakieś popaprańce i gendery.

Nieumyty pan Korneluk pobiegł szybko do fryzjera. Przynajmniej głowę mi umyje, bo włoski przetłuszczone nieco, a przy okazji zarostu pozbędę się, bo jak zbój Madej wyglądam, obiecywał sobie. Do fryzjera, pana Władka, chodził od dwóch dekad. Zasiadł wygodnie w fotelu, a gorący ręcznik na twarzy sprawił, że odprężył się i przysnął na chwilę. Kiedy obudził się, rzucił spojrzenie w lustro i zdębiał… Na środku głowy pana M. Korneluka widniał wystrzyżony napis „… MAĆ”. Pewno był i początek, ale tylko tyle widział, bo napis zaczynał się z tyłu głowy.

Złapał za fraki fryzjera i wściekły wykrzyczał: – Co pan zrobił najlepszego? Pan Władek spokojnie zdjął jego ręce ze swego fartucha, poprawił ubranie i spokojnie odpowiedział: – Na chwilę wyszedłem z sali, to był wymóg chwili, syn mnie potrzebował. Strzygła pana uczennica. To było zgodne z moją wolą, z moim stanowiskiem. Wszystko jest więc w porządku. Przecież w sumie nic się nie stało. Przewiewniej będziesz pan miał.

W sumie nic się nie stało
Fot. AD

Zdruzgotany pan M. pognał do sklepu po maszynkę do golenia. Ogolę głowę na łyso, to jedyny ratunek, uznał. Zdziwił się, bo środek dnia, a sklep zamknięty. Podszedł od zaplecza, a tam właściciel stoi i pali papierosa. – Panie kochany, otwieraj pan sklep, bo ja w ogromnej potrzebie, zlituj się nad moim skalpem – wyjęczał. Sprzedawca spokojnie zgasił papierosa, ale do wpuszczenia M. Korneluka  do wnętrza się nie kwapił. – Panie kochany, a co ja mam do tego? To sprawa fryzjera. Regulamin sklepu nie mówi, że ja sobie zamknąć nie mogę. A zresztą, co tam regulamin! Przecież moja potrzeba palenia jest ważniejsza. Jeżeli jakieś prawo to dobro zaburza, to nie wolno nam uważać tego za coś, czego nie możemy naruszyć.

PS. Część wypowiedzi fachowców to dosłowne wypowiedzi posła K.M. Zbieżność przygód M. Korneluka z zachowaniem owego posła jest zupełnie przypadkowa. Ale moja złośliwość – nie! Mam nadzieję, że wyborcy pana K.M. i jemu podobnych z innych partii będą równie złośliwi przy kolejnych wyborach.

 Anna Dysińska

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij