Próba zrozumienia

Poszlaki: 5 lipca 2010 r. Willa na uboczu na warszawskim Żoliborzu, a właściwie Marymoncie, godzina 23:28:34.

Dariusz Klosak

Niewysoki człowiek stoi przy oknie balkonowym. Za oknem ciemno, skrawek księżyca i nieliczne uliczne latarnie oświetlające drzewa targane wiatrem i deszczem. Żółte kamizelki policjantów z ochrony migają wzdłuż ulicy. Ludzie starają się osłonić od wiatru i deszczu, letnia burza nabiera rozpędu.

W pokoju żyrandol  rzuca ponure długie cienie. Człowiek wygląda na zamyślonego, stoi przy oknie ale jakby nie widział tego, co dzieje się za oknem. Na twarzy wyraz smutku pomieszany z determinacją.

Jak mogli wzgardzić tym, co oferowaliśmy, jak mogli nie zrozumieć tego, co chcieliśmy osiągnąć? Dlaczego tak się stało, przecież mój brat oddał za nich życie, ja tyle zrobiłem, żeby było dobrze w Polsce i za to spotyka nas takie upokorzenie… Polacy!  Nie rozumieją, że mieliśmy… mam plan doskonały. Człowiek wzdrygnął się jakby przebudzony, usta wykrzywił mu wyraz nienawiści. Dobrze, skoro nie chcecie po dobroci, normalnie, to następnym razem będzie inaczej.

Przysięgam bracie, że będę kontynuował twoje dzieło. Polska będzie mocarstwem i będzie wielka, a ja tego dopilnuję, za wszelką cenę, choćbym miał wszystko zniszczyć i zbudować na nowo.

Analiza

Spróbujmy przez chwilkę przyjąć, że człowiek, który ma spore dokonania i jest niekwestionowanym liderem partii, wyobraża sobie, że został poniżony, a na dodatek jego brat bliźniak zginął w katastrofie, która jego zdaniem nie została należycie wyjaśniona. Dodatkowym upokorzeniem jest przegrana wyborcza. Załóżmy, że nie może i nie potrafi z tym się pogodzić przez wiele lat. Czy takie życie – pełne myśli o upokorzeniu, o tym, że zamiast całkowicie się podporządkować, część społeczeństwa nie zgodziła się w pewnym momencie na to, aby  objął najwyższy urząd w państwie nie wpłynęła negatywnie na to, jak postrzega on społeczeństwo i nazywa nie-Polakami tych, którzy mu się sprzeciwiają, a mianem prawdziwych Polaków określa swych popleczników? Moim zdaniem z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że przez ostatnie osiem lat prezes Kaczyński całkowicie pogrążył się w swoim własnym świecie. Świecie, w którym musi za wszelką cenę, wbrew tym wszystkim, którzy mu się sprzeciwiali, doprowadzić Polskę do wielkości. Prawdopodobnie uważa on też, że czyni to wszystko dla dobra Polaków, nie licząc się rzecz jasna z jednostkami. Nie przez przypadek użyłem zwrotu „za wszelką cenę” – uważam, że należy to traktować dosłownie, tak jak dosłownie należało odczytywać różne wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że przypomnę tu „nie cofniemy się”, „nie zatrzymają nas”. Myślę, że prezes Kaczyński podporządkował formule tworzenia wielkości ostatnie osiem lat swojego życia.

próba zrozumienia J. Kaczyńskiego
Rys. Robert Mirowski

Skoro doszliśmy do takiego momentu rozważań, zastanówmy się nad następnym. Jeżeli poważnie potraktujemy stwierdzenie „za wszelką cenę”, dość jasne wydają się niektóre – wyglądające na samobójcze – posunięcia władzy, tak samo jak  przestaje dziwić dalekosiężność niektórych planów. Otóż prezes zakłada, że nic go nie zatrzyma – ani opozycja, ani jakiekolwiek wydarzenia na świecie, ani sprzeciw tzw. suwerena, czyli własnego elektoratu. Takie podejście jest typowe dla ludzi, którzy tak uwierzyli we własną wizję Polski, że nie przyjmują do wiadomości żadnej, ale to żadnej alternatywy. Skutkuje to tym, że Kaczyński zaplanował życie Polakom jak  bezduszny sędzia i  zbawca narodu  w jednej osobie. Pośrednio potwierdzają to wypowiedzi bliskich mu polityków. Niektórzy twierdzą, że mamy do czynienia z człowiekiem łagodnym i dążącym do wielkości nie swojej, a Polaków i Polski. Inni – że kiedy trzeba, to jest nieustępliwy. I to też pasuje do schematu. Jeszcze inni są zdania, że wszystko, co on powie, jest prawdą. Oczywiście, wszystko, co mówi prezes Kaczyński, jest prawdą. Ale prawdą, w którą trudno uwierzyć racjonalnie i logicznie myślącym ludziom, którzy myślą o kraju jako całości, ale nie pomijają przy tym norm społecznych, etycznych oraz prawnych. Jeżeli częściowo przyjąć ten punkt widzenia, to oczywiście Polska będzie dążyć do bycia krajem silnym i niezależnym, rządzonym przez zespół ludzi fanatycznie wręcz ukierunkowanych na niemożliwe do spełnienia marzenia.

Problem w tym, że takie rządzenie nie przewiduje żadnych, ale to żadnych kompromisów, co w dającej się przewidzieć przyszłości geopolitycznej skaże nas, Polaków na ogromne wyrzeczenia: finansowe, etyczne, społeczne i pozbawi jednostki praw podstawowych. Żeby przeprowadzić swój plan, partia rządząca musi mieć władzę całkowitą. I nawet nie chodzi tu o jednego człowieka, tylko o zespół. Potwierdzają to niektóre już przyjęte ustawy: ustawa o połączeniu funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości daje możliwość całkowitego sterowania przez jednego człowieka sprawami społeczeństwa w każdej dziedzinie. Bo cóż z tego, że istnieje kodeks postępowania cywilnego i inne kodeksy, skoro są one dość dowolnie interpretowane, więc można tym manipulować za pośrednictwem podległych sędziów i prokuratorów. Ustawa o TK wyklucza możliwość odwołania się do niego obywatela od postanowień władzy, kiedy wszystko inne zawiedzie, pomijając wydłużenie okresu odwołania. Kolejna ustawa o inwigilacji, w połączeniu z innymi ustawami, daje gigantyczne możliwości zbierania informacji na temat dowolnego obywatela i jego spraw prywatnych i służbowych. Ustawa o służbie cywilnej powoduje podporządkowanie 700 tys. pracowników służby cywilnej bezpośrednio partii rządzącej. Te ustawy pojedynczo da się w bardziej lub mniej sensowny sposób uzasadniać, ale jeżeli uznamy je za – powiedzmy – pakiet podstawowy dla partii rządzącej, to jest pewne, że wszystkie te ustawy są ukierunkowane na całkowite podporządkowanie państwa (a przez to wszystkich obywateli) grupie ludzi marzącej o wielkości Polski. Z drugiej strony tworzy się programy 500+, Mieszkanie+, reformuje administrację, ustrój rolny – to też jest duży pakiet powiązanych ustaw. Wszystkie te ustawy, nie tylko te, ale także te, o których planowaniu słyszymy tu i ówdzie, mają jeden wspólny mianownik. Są niesamowicie kosztowne dla budżetu, a więc dla nas, obywateli. Promują mierność, a nie pracowitość i sprzyjają oczekiwaniom typu: „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. Pełne wprowadzenie tych ustaw w kolejnych latach będzie skutkować wielkimi obciążeniami w postaci podatków, aby łatać powiększającą się z roku na rok dziurę w budżecie. Z tego powodu rządzący przewidują, że będzie potrzeba ogromnych pieniędzy na proponowane pakiety socjalne i przebudowę gospodarki z rynkowej w państwową. Ustawa o podatku bankowym i szereg innych rozporządzeń oraz Ustawa o podatku detalicznym od sklepów wielkopowierzchniowych wyglądają  podobnie. To nic innego, jak potężne ukryte podatki zwiększające koszty podstawowych artykułów pośrednio lub bezpośrednio. A przecież przez ostatnich kilka lat sytuacja się ustabilizowała i nie mieliśmy do czynienia z podwyżkami cen żywności i innych produktów, tylko raczej z niewielkimi spadkami.

Proponowana zmiana kodeksu skarbowego i karnego w zapisach dotyczących pozbawiania bez wyroku sądu majątków da się uzasadnić dużą (lub nie, bo odnośnych informacji nie podano) liczbą przestępstw gospodarczych, ale na pewno będzie dotyczyć wszystkich. Czyli proponuje się nam niepewność gospodarczą, co w konsekwencji spowoduje raczej rozrost szarej strefy, bo przy przepisach, które tylko przy podejrzeniu, że coś jest nie tak, pozbawiają cię prawa do majątku, a decyzja zależy od jakiegoś urzędnika państwowego, czyli właściwie od widzimisię pojedynczego człowieka, to jasne staje się, że ludzie albo będą kradli na potęgę, bo założą, że i tak kiedyś im się noga powinie. Uczciwi po prostu sobie odpuszczą. Więc większość inicjatyw gospodarczych legnie w gruzach z powodu niepewności inwestycji.

Pakiet ustaw gospodarczych, które są wprowadzane i planowane, to nic innego jak jeden wielki podatek ukryty pod pozorem ogólnego dobra wszystkich obywateli. Pracuj, płać, a już my będziemy wiedzieli, jak wykorzystać zapracowane przez ciebie pieniążki – tak w skrócie wyglądają proponowane rozwiązania. I chociaż takie postępowanie państwa można by jeszcze wytrzymać, to zastanawia rozmach tej ofensywy na wszystkich frontach. Otóż partia rządząca chce z jednej strony posiadać większość majątku narodowego, i nie chodzi tu o zarządzanie majątkiem narodowym jak to jest w przypadku normalnego rządu, tylko o własność majątku, czyli o taki zestaw praw, ustaw, rozporządzeń i programów, który pozwoli partii rządzącej dowolnie dysponować majątkiem narodowym. Ktoś zapyta: po co to wszystko? Otóż chodzi o stworzenie takiego ustroju państwa, żeby grupa ludzi – w tym wypadku fanatycznie nastawionych na sukces – mogła po prostu w pewnym momencie robić wszystko i wszędzie w imię nadrzędnego celu, jakim jest wielkość państwa.

Fatalne skutki

Przyjmijmy, że plan zawłaszczania państwa, majątku narodowego, zafałszowania  zapisów historycznych, przejęcia służb cywilnych oraz samorządów się powiedzie. Partia rządząca zdobędzie poprzez omijanie zapisów konstytucyjnych ustawami pełnię władzy ustawodawczej i wykonawczej oraz sądowniczej. Jak to będzie wyglądało z punktu widzenia gospodarki, zwykłego obywatela, naszych partnerów zagranicznych?

Ogrom nepotyzmu, który cechuje obecną partię rządzącą, każe przypuszczać, że w sferze gospodarki będzie się działo podobnie. Obecnie dysponujemy dość dużym przemysłem  w kilku dziedzinach, wybitnymi zespołami badawczymi w kilku wąskich dziedzinach oraz dużym przemysłem spożywczym i mamy dobrze rozwinięte rolnictwo. Żeby podporządkować sobie te sektory, partia rządząca musi wprowadzić tam swoich ludzi, a tam, gdzie nie będzie mogła tego zrobić – głównie w firmach prywatnych – będzie starała się utrudnić działalność lub uzależnić jednostki od urzędników partyjnych. W przypadku rolnictwa już częściowo udało się to zrobić za pomocą ustawy o sprzedaży ziemi, uzależniając własność rolników od Agencji Rynku Rolnego i Lasów Państwowych. Proponowany plan Morawieckiego załatwi resztę, wprowadzając konkurencyjne firmy, które – dotowane i popierane przez państwo – będą wypierały inne podmioty, które się nie podporządkują. W ciągu kilku lat staniemy się państwem z gospodarką w stylu komunistycznym podporządkowaną partii rządzącej. Efektem tej przemiany będzie oczywiście upadek inicjatyw jednostek na rzecz tworzenia krajowych planów gospodarczych podobnych do słynnych planów pięcioletnich znanych z czasów PRL-u. Konsekwencją tego typu rządzenia będzie rozdźwięk między Europejską gospodarką rynkową a naszą prowadzący do stopniowego spadku poziomu życia oraz płac z jednoczesnym  tworzeniem coraz to nowych  podatków ukrytych, co cały czas już się dzieje. Wynikiem tego będzie spadek wartości pieniądza oraz odczuwalne zubożenie społeczeństwa i spadek realnego dochodu na obywatela.

Zwykły obywatel

W wyniku takiej polityki nastąpi sprowadzenie obywateli do roli siły roboczej i urzędniczej w instytucjach państwowych, jak to było za czasów PRL-u i wcześniej. Zubożenie społeczeństwa może doprowadzić do takiej sytuacji, że  obecnie planowane programy socjalne nabiorą nowego znaczenia. Prawdopodobnie będzie to tak jak za czasów PRL-u – już słyszymy o kasach oszczędnościowych, programie Mieszkanie+, a zapewne pojawią się następne. Musimy się przygotować na wieloletnie problemy z tym związane.

Jednocześnie będziemy coraz bardziej oddaleni od większości krajów postępowych, co w konsekwencji doprowadzić może do sięgnięcia na Wschód w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo w istocie nasz kraj przestanie się w sensie zarządzania i władzy różnić od Rosji Putina. U nas tylko będzie wielu Putinów, a nie jeden.

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij