„Powidoki” – A. Saramonowicz

Film, jak słyszę, wywołuje skrajne opinie. Przytoczę swoje wrażenia, które pisałem w nocy po projekcji w czasie festiwalu w Gdyni. 

Andrzej Wajda przyjechał do Gdyni pełen intelektualnej werwy. Zapowiadał kolejny film, a myśmy sobie ani przez chwilę nie wyobrażali, że może istnieć polskie kino bez Niego.  W dwa i pół tygodnia potem już nie żył. Ale jego przesłanie z „Powidoków” pozostaje aktualne.

Bo przyjechał do Gdyni Mistrz i poza konkursem pokazał dzieło, które bije na głowę wszystko, co zobaczyłem do tej pory na festiwalu. Nie chcę, broń Boże, powiedzieć, że filmy, które tu widziałem były niedobre; jest wśród nich wiele udanych. Ale „Powidoki” jako jedyne szczerze mnie zachwyciły.

Nie chodzi tylko o to, że to film niezwykle świadomy, piękny formalnie, z nienachalną, ale silnie odczuwalną emocją, film, w którym co najmniej kilka jakże „wajdowskich” scen (np. z manekinami) przejdzie do historii polskiego kina.

Przede wszystkim jednak „Powidoki” to film niezwykle ważny; w moim przekonaniu chyba najważniejszy od czasów „Człowieka z marmuru” i „Człowieka z żelaza”. Jego tematem jest relacja artysta-władza. I prawo artysty do wolności. Ale i coś więcej: obowiązek artysty wobec wolności. Nawet za cenę zmielenia przez żarna historii – tymczasowe, ale zabójczo żarłoczne.

Wajda nie mówi o tym, że władza nie ma prawa do własnych wyobrażeń na temat powinności sztuki. Mówi jedynie że władza nie ma prawa, by odbierać prawo do wyobrażeń na temat tychże powinności odmiennych niż te, która ona sama w danym momencie dziejowym głosi.

Pokazując władzę, która niszczy niepokornego (nie w wymiarze politycznym, ale estetycznym i moralnym) artystę z roku 1950, Mistrz – tak to odbieram – przestrzega przed takimi zakusami z roku 2016. W sposób delikatny, wolny od złośliwych prztyczków wobec ideologicznych tęsknot, jakie rodzą się w dzisiejszej Polsce, ale na tyle wyraźny, że nie sposób owych przestróg ignorować.

Słuchajmy zatem Wajdy z „Powidoków”. Słuchajmy, co do nas tych filmem chce powiedzieć. I słuchajmy go wszyscy, niezależnie od naszych doraźnych politycznych i światopoglądowych upodobań. Bez względu na to, po jakiej stronie nieszczęsnej polskiej barykady się dziś znaleźliśmy. Bo Wajda chce tym filmem ocalić to, co ciągle jeszcze – szczęśliwie – w Polsce niezniszczone. Ludzi w nas.

Andrzej Saramonowicz

Autor pierwotnie opublikował tekst na Facebooku. Za jego zgodą publikujemy na naszym portalu. Dziękujemy.

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij