Polaków portret własny

Na brzegu garnka z polską kaszą kręcą się szumowiny niedostosowania, pozbawione cech, które pozwalają innym Polakom na sprawne funkcjonowanie w swoim środowisku.

Jacek Mrozowski

Od dwóch lat w każdy czwartek spotykam się z mieszkańcami pięćdziesięciotysięcznego miasta w centralnej Polsce. Wynika to z moich obowiązków zawodowych. Spotykam się, obserwuję, słucham tego, co mówią, jak mówią. Dowiaduję się, co ich pasjonuje, co lubią, a czego nienawidzą.

I dochodzę do wniosku, że chyba jestem wynarodowiony. Jestem pozbawiony cech, które pozwalają innym Polakom na sprawne funkcjonowanie w swoim środowisku. Ot, taka szumowina wypluta na brzeg garnka, w którym gotuje się radośnie polska kasza.

Dorastałem w PRL-u, na przełomie panowania Gomułki i Gierka. W dziwnym domu, gdzie wbrew panującym modom i na przekór wszechobecnej propagandzie kultywowano wzorce zachodnioeuropejskie. Matka była frankofilką absolutną. Słuchała z magnetofonu piosenek Jacquesa Brela, czytała w oryginale egzystencjalne powieści Françoise Sagan i karmiła mnie sałatą na sto francuskich sposobów zamieszczanych w „Przekroju”. Ojciec z racji pochodzenia dryfował w stronę kultury niemieckiej. U niego królował Goethe i stare hity Marleny Dietrich.

Nauczono mnie poszanowania dla praw innych ludzi, dbałości o dobro wspólne, tolerancji dla odmienności, przestrzegania dekalogu jako zbioru uniwersalnych wartości przeznaczonych dla wszystkich społeczeństw bez względu na wyznanie … i innych takich kosmopolitycznych bzdur. Rodzice nie nauczyli mnie – bo sami tego nie umieli – sposobów radzenia sobie w polskiej rzeczywistości i polskiego cwaniactwa wynoszonego do godności najlepszej naszej cechy narodowej. Byłem więc dziwnym dzieciątkiem patrzącym ze zdumieniem na kolegów rechoczących z dowcipów o Polaku, Rusku i Niemcu, gdzie sprytny Polak zawsze odnosił spektakularne sukcesy kosztem innych.

W mieście, które ukochałem, w Bielsku-Białej, kilka metrów od mojego domu rosła dzika czereśnia. Relikt z czasów, gdy w tym miejscu znajdowały się jeszcze podmiejskie ogrody skazane później przez Gierka na zagładę, gdy budowano osiedle mieszkaniowe dla pracowników nowej fabryki samochodów. Czereśnia jest ogólnie dostępna i obdarza swoimi owocami każdego, kto na to ma ochotę. Owoców starczyłoby dla wszystkich, gdyby nie kawalerska fantazja młodych ludzi. Nie zadowalają się oni zerwaniem samych czereśni.  Oni muszą je zerwać razem z gałęzią ! Ot taka demonstracja siły i męskości. Prymitywny pokaz sprytu – bo po co żmudnie obrywać pojedyncze sztuki, skoro można wyrwać cały konar?  Maszeruje więc taki mocarz chodnikiem, taszczy gałąź większą od niego samego, szeleści listowiem i wysyła sygnały do okolicznych samic, że oto kroczy nosiciel pierwszorzędnego materiału genetycznego. Silny, zwinny, sprytny i zaradny. Można by sądzić, że to on jeden taki cwaniak. Że oberwanie całej gałęzi, aby wyskubać z niej najlepsze owoce, a resztę porzucić w rowie, to jego autorski pomysł, najmężniejszego małpoluda w okolicy. Ależ nie! W ciągu kolejnych dni inne małpoludy poobrywały następne gałęzie. Dobrze, że czereśnia stara i wielka, więc jakoś to przeżyła.

To moje skrzywienie z dzieciństwa spowodowało, że nie dorobiłem się żadnego majątku, bo głupio upierałem się, aby płacić za to, co można sobie było przywłaszczyć. A że duże rzeczy dużo kosztują, to mozolnie zbierałem zapracowane grosze, aby oddać je za coś, co ktoś inny sobie potem przywłaszczał, pukając się w czoło, że trafił na frajera.

Kompletne niedostosowanie do otoczenia. Ale znam kilku świetnie dostosowanych. Kombinacja sprytu i bezwzględności doprowadziła ich do wielkich fortun. Zacne to by było i chwalebne, gdyby było środkiem do osiągnięcia celu. Gdyby, po dorobieniu się fortun, ludzie ci zaprzestali drobnego szwindlu. Ale nie. W końcu to ich cecha charakterystyczna. Coś, co mają wrodzone bądź utrwalone w świadomości jako najlepszy wzorzec postępowania.

Kilka przykładów? Dobrze. Ale tylko kilka, bo gdybym miał wymieniać wszystkie, to tekst ten rozrósłby się w opasłą, dołującą księgę. Wszystkie te zachowania zostały zaobserwowane w czasie moich podróży po całym świecie wraz z polskimi misjami gospodarczymi.

Biznesmen z branży spożywczej. Wielka fortuna. Nazwisko znane z etykiet – kradnie na moich oczach popielniczkę z chińskiej taksówki. Facet ma tyle pieniędzy, że mógłby kupić flotyllę chińskich taksówek wraz z kierowcami, ale on kradnie popielniczkę, bo „taka mu się przyda w jego jeepie”.

Inny biznesmen, potentat opakowań z tworzyw sztucznych, wywala kopem drzwi od pokoju w małym rodzinnym hoteliku w okolicach Lubeki. Był tak pijany, że nie mógł trafić kluczem do zamka, więc wywalił drzwi. Dobrze. Może się to zdarzyć każdemu. Kiedyś na promie wpadł mi do kabiny pijany jak bela Szwed i zasnął w progu. Za duży, abym go mógł poruszyć w pojedynkę. Ale ja poprosiłem obsługę promu, aby dyskretnie Szweda usunęli, nie robiąc mu krzywdy.

Tymczasem mój znajomy polski król „butelek PET z rozdmuchem” rano zrobił karczemną awanturę (rzecz jasna po polsku) właścicielom hotelu za to, że zamek w jego drzwiach był popsuty. Skonsternowany starszy Niemiec na moich oczach udowodnił, że zamkowi nic nie dolega. Był i jest zupełnie sprawny. Natomiast drzwi leżały na korytarzu powalone siłą potomka bohaterów spod Racławic.

Za naprawę drzwi zapłaciłem ja. Z własnych pieniędzy, bo lubię ten hotel i jego właścicieli. I chciałbym, aby byli dla mnie nadal tak samo mili, jak byli zawsze. Wsadziłem do samochodu przedsiębiorcę dumnego jak paw z odniesionego zwycięstwa nad „jakimś tam szwabskim hotelarzem” i odjechałem, mnąc w ustach brzydkie słowa.

Pani, właścicielka dużej i znanej marki odzieżowej kradnąca szlafroki (dwa) z francuskiego hotelu, bo „jeden dla siebie, a z drugiego to dziewczyny wykrój zrobią”. Gdy pokazałem jej wielojęzyczną informację, że takie szlafroki można kupić w recepcji po 30 euro – popukała się w czoło i stwierdziła, że 30 euro za zwykły szlafrok to zdzierstwo i ona nie ma zamiaru płacić ani grosza. A szlafroki jej się należą, bo jej się podobają. I już.

Polacy potrafią też zadziwić świat w sferze obyczajowej. Na przykład reakcją lidera wśród importerów elektroniki na widok pary transwestytów na targach w Las Vegas.

Pędzi, sapiąc, przez halę wystawową i drze się: – Panowie, ja pier***, zobaczcie jakie cioty idą! O ku***, w życiu takich cudaków nie widziałem!”. I rzuca się biegiem robić im zdjęcia, a za nim kilku innych, chcących potem „to obrzydlistwo” dzieciom pokazać.

Albo inny z tego stadka, który prosił mnie, abym zwrócił się do organizatorów pobytu o załatwienie mu ciemnoskórej prostytutki „bo chce spróbować, a nie da rady sam się dogadać”.

Wystarczy tych przykładów. Na samo ich wspomnienie robi mi się słabo. Ale tacy są Polacy w ich niestety przeważającej części. Ci bogaci i ci biedni.

W Wenecji im śmierdzi, w Paryżu za dużo czarnuchów chodzi, w Londynie niczego do ust się nie da włożyć, a w  Skandynawii to z nikim za cholerę dogadać się nie sposób. Wszędzie tylko brudasy, przygłupy i popaprańce jakieś.

I tylko my, Polacy Prawdziwi. Dumni nosiciele husarskich skrzydeł, Matki Boskiej na sztandarze i miski z pierogami. My, przy których Francuz, Ruski i Niemiec mogą tylko się zbłaźnić w ludowych dowcipach.

I czy można się dziwić, że ten „naród”, poniżany przez ostatnie lata, umęczony narzucaniem mu obcych wzorców, jakiegoś gender, obowiązku sprzątania psich kup, wyrzucania petów do kosza i tłumienia ułańskiej fantazji poprzez zakaz rozbijania butelek o chodnik, wreszcie wybrał kogoś, kto obiecał przywrócić mu utraconą dumę i cześć?

Drżyj Europo! Oto wreszcie zdrowe jądro polskiego narodu przyjedzie, aby kopem wywalić drzwi i sięgnąć z podniesioną głową po twoje szlafroki. Bo nam się należą. Za Sobieskiego pod Wiedniem, za Szopena i za Kurię Skłodowską się nam to należy!

I tylko gdzieś na brzegu garnka z polską kaszą kręcą się szumowiny niedostosowania. Takich dziwolągów jak ja jest więcej i zwą się oni Europejczykami polskiego pochodzenia.

Jacek Mrozowski

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij