Pali się! I krzyczmy o tym głośno

To miał być reportaż „wcieleniowy”, ale pomyślałam sobie „jak nie napiszę, to najwyżej tylko pomogę”.

Anna Dysińska

Cel: reportaż, czas: 2 godziny, które wydłużyły się do 5, koszty: nawrót zapalenia mięśnia nadgrzbietowego w przedramieniu, pizza na zamówienie (nie było czasu zrobić obiadu) i mandat od straży miejskiej (opłacałam postój 2 razy, a na koniec spóźniłam się dosłownie o kwadrans), zysk: moralny (jak tu nie pomóc w tak ważnej sprawie?) oraz brak nerwów (syn zdawał maturę, ale ja nie miałam czasu się denerwować). W sumie: pomogłam nieco, reportaż powstał, ale jego zakończenie nie będzie wesołe.

To miał być reportaż „wcieleniowy”, właściwie minireportaż, bo może temat błahy i czasu mało, ale pomyślałam: „Nawet jak nie napiszę, to choćby tylko pomogę”. I tak zostałam przedostatnim etapem w korowodzie zbierania podpisów pod kodowskim projektem ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Ostatnim był Jarek Marcinkiewicz, który do Kancelarii Sejmu zaniósł karty z podpisami numerowane między innymi przeze mnie. Bo na kilka godzin zajęłam się nieco ogłupiającym, ale jakże ważnym numerowaniem arkuszy z podpisami.

Krzyczmy głosnoTrzy miesiące trwała prawdziwa batalia o głosy w tej sprawie. Podpisy zbierane były przez wszystkie grupy lokalne podczas protestów i marszów, pikników i PIKOD-ów, wśród znajomych lub osób życzliwych, podczas imprez plenerowych i spotkań zamkniętych. Słowem, wszędzie i od każdego! – Ostatni podpis trafił mi się na stacji benzynowej koło Zabrza dziś w nocy – śmieje się Jarek Marcinkiewicz.Spotkaliśmy się w siedzibie KOD o 10 rano, przyjechał z podpisami z trasy Wrocław–Łódź–Waszawa. – Pana pod dystrybutorem paliwa zagadnąłem, czy podpisze się pod projektem, a on zapytał mnie, czy my wojujemy z PiS. Odpowiedziałem elegancko, że nam nie bardzo po drodze, a na to on: „Dawaj pan, podpiszę!”. Mówił wcześniej, że o KOD-zie nie wiedział, no to teraz wie!”

Rano w biurze zastałam kilka osób, które rozpakowywały dostarczane w ostatniej chwili podpisy. Rozpoczęło się numerowanie stron z podpisami, czasami na karcie było 10, a czasami 3 lub 5, a na innych aż 20 podpisów. I zaczęłam od 3324, potem 3325, 3326, a po godzinie dostałam karty 5647, 5648, 5649… Na odwrocie jednej znalazłam telefon pani Zuzannny. Zadzwoniłam. Okazało się, że mieszka w Gorzowie, ma sześcioro wnuków i przyłączyła się do KOD za namową koleżanki. – Zbierałam podpisy na statku, tak, tak… – śmieje się, słysząc mój okrzyk zdumienia. – Na Warcie stoi statek turystyczny, który służy jako restauracja, i tam właścicielka pozwoliła mi zbierać podpisy. Na ponad 30 kartach podpisywali się głównie ludzie młodzi, w nich moja nadzieja…

Wracam do pracy. Dziewczyny przy stole, cicho mrucząc, numerowały, co jakiś czas oddając 500 kolejnych stron. Na początku jeszcze wymieniłyśmy uwagi, co czeka na nas w domu (prasowanie, zaległe sprzątanie, bo po długim weekendzie nazbierało się, obiad dla całej rodziny). Potem rozmowy ucichły, bo zdarzały się pomyłki. Tych pomyłek zdarzało się coraz więcej, cyferki myliły się, kartki zlepiały… Przyjechał Paweł, który spod licznika dowiózł z Lublina 826 jeszcze ciepłych kart.

Zmieniłam długopis, bo pierwszy się wypisał. I tak przelatywały karty z podpisami ludzi z Pajęczna, Bonarówki, Bełchatowa, Dukli, Będzina, Sosnowca, Lipna,Łodzi, Olesna, Warszawy… Na zbieranie materiałów do reportażu potrzebowałam dwóch godzin, ale mnie potrzebowano tu bardziej niż jakichś moich dziennikarskich wypocin. Przedłużyłam parkowanie, kupiłam soczek i coś małego w sklepie na dole i pokrzepiona, wróciłam do biura. Akurat 7056 karta znalazła się na stole, więc łaps ją i leci 7057, 7058…

Jeszcze listonosz przyniósł listy polecone z kartami z Mrągowa od pana Wojciecha, z Białegostoku od pani Bożeny,  z Dęblina od pani Moniki i z Rodziszek (nie widziałam, że jest taka wioska) od pani Elizy.

I zaczęło być nerwowo, bo stos nowych kartek rośnie (skąd one się biorą!?!), a czas upływa. Jarek uprzedza, że z urzędniczką z Kancelarii Sejmu umówił się na 15.00, bo o 16.00 zamykają. Na szczęście docierają do nas z nowymi kartami (mój Boże, kolejne?) państwo Wiesława i Mariusz Kamińscy – koordynatorzy grupy Żoliborz/Bielany.  Postanawiają nam pomóc. I tak ich pies ląduje na kanapie, a pani z panem numerują karty.

I znów nerwy, bo okazało się, że mamy dziurę, a nawet dwie (każda po jakieś 300 kart), więc przegrupowanie i dalej piszemy. Ze zmęczenia każda „ósemka” inna, karty pokreślone, lepią się… i ta myśl, żeby nie daj Boże, ktoś przyszedł z nowymi kartami. Piotr Wieczorek nerwowo chodzi, bo coraz mniej czasu. Tłumaczy, że musimy mieć spory zapas podpisów, bo wiadomo, że część z przyczyn formalnych może zostać odrzucona. Na szczęście znów przychodzą kolejne osoby do pomocy. Spokój Basi udziela się innym, choć znów okazuje się, że jest kolejna dziura, a dodatkowo zdublowano numerację (te same cyfry na dwóch kartach). Magiczne hasło „mamy 10 tysięcy kart” uradowało nas nieco, ale teraz dostaliśmy karty z niepełnymi rubrykami (było po 3–7 podpisów). Numerujemy dalej… a tu już godzina 15.00. Nie wiem, kiedy to zleciało, syn nie dzwoni, a ja nawet nie miałam czasu się zastanowić, jak poszła mu matura. Panowie zaczynają pakować pierwsze karty do pudeł, a potem znosić je do samochodu. A tu 10542, 10543, 10544 karta… Arek Stańczykowski niemal wyrywa nam kolejne kartki, sprawdza, czy się nie posklejały, czy ze zdenerwowania nie pomyliliśmy cyferek i wkłada je do kolejnego pudła. Dostarczona pół godziny temu pizza już pewnie wystygła, a jej zapach – drażni. Ale jedzenie potem… Ostatnią kartę Artur wypełnia z ogromną satysfakcją, bo jego grupa KOD Praga Południe zebrała 3,12 procent wszystkich kart i sam wiele czasu poświęcił zbierając podpisy. Ostatnia kartka z numerem 11184 wylądowała w pudle o 15.25.

Jakiś morał? Efektowne zakończenie? Przesłanie może? Wieczorem słucham piosenki Kaczmarskiego https://www.youtube.com/watch?v=Vf6C8RXzF64. Padają tam słowa „Więc chwytam kraty rozgrzane do białości, twarz swoją widzę, twarz w przekleństwach, a obok sąsiad patrzy z ciekawością, jak płonie na nim kaftan bezpieczeństwa”. Tekst piosenki dotyczył ludzi w szpitalu psychiatrycznym, którzy zginęli w pożarze (polecam reportaż o tym autentycznym zdarzeniu https://www.youtube.com/watch?v=B1EvNTaIJ9k). Oczywiście Kaczmarski dał i drugie przesłanie; Polska w latach 80. była takim płonącym szpitalem, z którego nie można było uciec. Wy, którzy podpisaliście się pod projektem i którzy chodzicie na protesty KOD, jesteście świadomi pożaru i robicie wszystko, aby w nim nie spłonąć. Krzyczmy więc głośno, że pali się!

Anna Dysińska

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij