„Oporniki” fragment powieści

„Ulicą Pierwszego Maja szły cztery kolumny uzbrojonych w tarcze i pałki zomowców” –  radomskie „wypadki” oczami młodej dziewczyny.

Pamiętacie oporniki? Młodsi mają prawo nie pamiętać. U starszych ten rekwizyt wywołuje często falę wspomnień. Tak jak u autorki książki, której fragmenty publikujemy. To był symbol niezgody na arogancję  władzy, równie tępej co brutalnej. Wspomnienia i fragmenty książki „Oporniki” Beaty Gołembiowskiej, choć dotyczą wydarzeń sprzed  40 lat, brzmię dziwnie aktualnie. Są ostrzeżeniem, którego nie wolno zlekceważyć. Kolejny fragment powieści – za tydzień.  Redakcja.

 

Słowo od autorki

W niemal każdym życiu jest taki okres, który zapada w pamięć jako ten najważniejszy. W moim przypadku zdarzył się on również, i o tyle można go nazwać nietypowym, że nie przeżywałam go samotnie, lecz w gronie dziesięciu milionów ludzi! Wie o nim cały świat, gdyż wtedy Polska była śledzona przez wszystkie najważniejsze media, a nikomu nieznany wąsaty robotnik stał się przedmiotem powszechnego uwielbienia. To w sierpniu 80-go roku oczy całego świata zwróciły się na naszą ojczyznę.

Gdyby nie walka nielicznych opozycjonistów, gdyby nie zrywy lat: 56, 68, 70, 76, gdyby nie wybór kardynała Karola Wojtyły na papieża – do Sierpnia 80 by nie doszło. Historia uwieczniła liderów tych rewolucji, zapominając o bezimiennych, jakże licznych bohaterach. To oni, na równi ze swoimi przywódcami odwrócili jej powiew. Nazwałam ich „opornikami”, od małych oporników, które z dumą wpinaliśmy w nasze ubrania w okresie, kiedy nawet tak niewinna manifestacja była surowo zakazana.

Mój symboliczny „opornik” przyczepiłam  w 1978 roku, w Szwecji, na tzw. „saksach”. Poznałam tam opozycjonistów, po raz pierwszy zetknęłam się z „bibułą”. Cztery miesiące pobytu w wolnym kraju zmieniły nie tylko mnie, ale i Polaków, z którymi pracowałam. Nikt z nas nie był urodzonym rewolucjonistą. Wyjechaliśmy z Polski „za chlebem”, a raczej po to, aby po powrocie zrealizować swoje materialne marzenia. Pod wpływem rozmów i niezależnej literatury nasza świadomość zaczęła się budzić, do tego stopnia, że niektórzy z nas postanowili włączyć się w ruchy opozycyjne. Wróciłam do Polski z plecakiem wypchanym Kulturami Paryskimi, książkami Sołżenicyna, Miłosza, Orwella….

Powieść „Oporniki”, obejmująca gorące polskie lata – 1976 – 1989,  powstała na bazie doświadczeń moich i bliskich mi osób. Występują w niej postacie historyczne i fikcyjne. Te drugie nie do końca są „wymyślone”, mają wiele cech moich znajomych, którzy zostali  rzuceni w wir tamtych niezwykłych wydarzeń. Powieść jest nadal w procesie tworzenia, ale mam nadzieję, że w grudniu 2016 zamknę ostatni jej rozdział. Marzę, aby książka wydana po polsku i angielsku przypomniała całemu światu, że to dzięki polskim „opornikom” reżim komunistyczny zniknął z mapy Europy.

Fragmenty „Oporników” poświęcone wydarzeniom Radomskiego Czerwca są oparte na relacjach naocznych świadków i uczestników wydarzeń, na dokumentach publikowanych w Internecie  oraz publikacjach historycznych – Konflikt pamięci – narracje Radomskiego Czerwca  1976  – Davida Morgana (ISP PAN 2004) oraz  Czerwiec 1976  – Radom, Ursus, Płock  Pawła Sasanki i Sławomira Stępnia (IPN 2006)

 

Beata Gołembiowska

www.beatagolembiowska.studiobim.ca

 

 

OPORNIKI

 

Czerwony Radom pamiętam siny

Jak zbite pałką ludzkie plecy

Szosę E7, na dworcach gliny

jakieś pieniądze, jakieś adresy…

Jan Krzysztof Kellus, Ballada o szosie E-7 – fragment

 

POLSKA, RADOM – 25 czerwiec 1976

 

Rozdział I

Szarawo było jeszcze i poranna mgła otulała drewniane domki stłoczone po obu stronach ulicy.  Nazwa – Błotna idealnie określała jej wygląd, szczególnie podczas deszczowej pogody. Nie pokryta asfaltem nawierzchnia zamieniała się wtedy w grząską maź poprzetykaną wielkimi kałużami, w których odbijały się pokryte papą dachy domów i krzywe płoty z powyłamywanymi sztachetami. Gdyby nie majaczące w oddali sylwetki wysokich bloków, można by pomyśleć, że ulica Błotna mieści się w zapadłej wsi, a nie w bądź co bądź wojewódzkim mieście, które jako typowo robotnicze, zdobyło swą sławę jeszcze za caratu i zyskało nazwę „Czerwonego  Radomia”. To rewolucyjne miano dawno poszło w niepamięć i miasto niczym szczególnym się nie wyróżniało, chociaż dla wielu jego mieszkańców było przedmiotem dumy, podkreślanej na każdym kroku, kiedy temat rozmów schodził na sąsiednie Kielce.

Mgła opadała, przebijana promieniami słonecznymi, które wkrótce owładnęły nią całkowicie, szczodrze oświetlając drewniane domki. Przez otwarte okno jednego z nich rozległy się ożywione, dziewczęce  głosy.

– Ewka, wstawaj, spóźnisz się do roboty.

– Jeszcze ciemno, dajcie pospać.

– Toż to lato, a nie zima. Słońce już wysoko. Spiesz się, bo nie zdążymy.

Codziennie powtarzał się ten sam rytuał. O piątej  rano dzwonił budzik, wszystkie trzy dziewczęta podrywały się bez marudzenia, a tylko Ewę trzeba było siłą zwlekać z łóżka. Zamiast kłaść się do snu o dziesiątej, czytała do północy albo i dłużej. Koleżanki złościły się na nią, że przez te nocne seanse więcej płacą za prąd, ale nic nie pomagało.

– Co ci przyjdzie z tego czytania? Na dyskotekę byś poszła, zabawiła się z chłopakami – przygadywały, lecz nie bardzo złośliwie, gdyż lubiły tego „mola książkowego”, jak ją przezywały. Było za co ją lubić. Miła, pogodna, uczynna, a przy tym taka mądra! Umiała wszystkim doradzić. Tylko sama jakoś nie potrafiła ułożyć sobie życia. Nie miała chłopaka, stroniła od spotkań młodzieżowych. Koleżanki za bardzo nie zaprzątały sobie głowyjej dziwactwami, zajęte pracą w radomskiej fabryce butów i spotkaniami ze swoimi narzeczonymi. Urodziły się na wsiach, na tyle odległych od dużego miasta, że nie opłacało się im dojeżdżać i musiały wynajmować pokój. A że nie stać je było na samodzielny, to mieszkały razem, we czwórkę. Żyły ze sobą zgodnie, czysto u nich było –  firanki zawsze świeże, okno umyte i łóżka zasłane. Każda miała w swojej walizce te same ubrania kupione w tym samym sklepie. Tylko Zośka miała kilka ciuchów z Peweksu. Zazdrościły jej, i tych dżinsów, które leżały jak ulał i nie wypychały się w nich kolana, i tej z cienkiego sztruksu kurteczki. One musiały zadowolić się krajowej produkcji ortalionami i dżinsami, nieudolnie podrobionymi na te prawdziwe. Za to sukienki miały wystrzałowe. Uszyte u krawcowej według najnowszej mody. I do tego sandałki na koturnie. Tak ubrane, umalowane, z modną ondulacją w stylu „afro” co niedzielę wybierały się na dyskotekę.

 

Wszystkie cztery były już gotowe do wyjścia. Z  wnętrza ich  toreb wydzielała się  mocna woń. To Wiesia  przywiozła z domu kilka pęt świeżo zrobionej kiełbasy. Zosia kupiła szklarniowego pomidora, pokroiły go cieniutko i ze świeżego chleba, po który Bożena stała wczoraj w kolejce od czwartej rano, zrobiły sobie wspaniałe kanapki. Wszyscy na oddziale będą im zazdrościć.

Wyszły na ulicę, ubrane w codzienne, skromne bluzeczki i spódnice, które opinały się im na pośladkach. Z wyjątkiem Ewy były mocno zbudowane, nie grube, ale też nie szczupłe. Odziedziczyły po swoich przodkach idealną posturę stworzoną do ciężkiej, wiejskiej pracy. Obecnie, mieszkając w mieście pomagały rodzicom przy żniwach, czy sianokosach, a potem z ulgą wracały do swojej fabryki. Często były tam przestoje, bo zabrakło materiałów lub taśma się popsuła i wtedy można było wyskoczyć na miasto, stanąć w kolejkach i coś sobie kupić. Rzadko to był jakiś ciuch, bo oszczędzały jak mogły, zbierając na przyszłe życie. Postanowiły, że za rok wyjdą za maż, miały przecież już po dwadzieścia lat, a rówieśnice z ich rodzinnych wsi chodziły w ciąży z pierwszym dzieckiem. One nie mogły być gorsze.

Marzyły o własnym, małym mieszkanku. Było to dosyć nierealne, gdyż chociaż miały niedawno założone książeczki mieszkaniowe, mogły spodziewać się swoich upragnionych gniazdek dopiero za nie wiadomo ile  lat! Może nawet trzydzieści? A jednak nie chciały wracać do rodzinnych domów. Po tych dwóch latach miastowego życia ludzie wreszcie przestali wytykać ich wsiowy wygląd czy mowę.

 

Już z daleka zauważyły zebrany przed fabryką tłum ludzi oraz stojące przed główną bramą dwa wózki akumulatorowe wypełnione po brzegi młodymi mężczyznami.

–  Co się stało, nie ma dzisiaj roboty?

– „Przyjechały chłopaki zMetalowych”,  „ogłosili tam strajk”, „Jaroszewicz miał przemówienie i zapowiedział podwyżki”,„wszystko ma zdrożeć prawie dwukrotnie”, „z głodu przyjdzie zdechnąć przy tej władzy ludowej ” – robotnice Radoskórukrzyczały jedna przez drugą.

– Przestańcie baby, jeszcze ktoś na was doniesie – hamowała ich stara Bukacka.

Ucichły. Bukacka siedziała za Bieruta i miała posłuch wśród ludzi.

– Chodźcie z nami! Pod komitet! –wołali stłoczeni na wózkach robotnicy z Zakładów Metalowych. Ktoś  otworzył szeroko bramę i początkowo małe grupy, a potem już prawie wszyscy wyszli na ulicę. Niektórzy nieśli biało-czerwone flagi, które wysoko uniesione łopotały na wietrze. Jak na zawołanie zaintonowano Międzynarodówkę, a jej słowa tak zdawałoby się pokryte kurzem historii, odżyły z całą mocą. Robotnicy od Waltera, Tytoniówki, Wytwórni Telefonów, Naprawy Taboru Kolejowego, uczniowie szkół i przechodnie dołączali do tłumu, który – kiedy stanęli przed budynkiem partii –  urósł do kilku tysięcy. Głos kobiecy zaczął śpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy” –a inni podchwycili słowa hymnu pełną piersią, nie tak jak dotychczas, na pochodach czy wiecach, ale z uniesieniem, ze świadomością jedności, braterstwa. Strach, tak wszechobecny w ich życiu, zniknął, zastąpiony potężnie narastającą odwagą.

Ewa ogarniała wzrokiem tę masę ludzką. Nie raz zdarzyło się jej przebywać w stłoczonych miejscach: w sklepach, kiedy rzucili towar, w pociągach, autobusach, tramwajach. Lecz jakże inaczej wyglądali stojący obok niej ludzie! Byli to przecież ci sami Polacy, wyczekujący w kolejkach po niemalże wszystkie towary, borykający się z ciasnotą mieszkań, ciężkimi warunkami pracy, z biedą. Znosili te wszystkie przeciwności, narzekając często na nie, lecz nie buntując się. W tym momencie zniknął z ich twarzy wyraz rezygnacji i przygnębienia, oczy rozbłysły złowrogo, a ręce z zaciśniętymi pięściami uniosły się w górę w wyrazie protestu. Okrzyki  – „cofnąć podwyżki”, „my chcemy chleba”, „precz z czerwoną burżuazją!” „władza dla robotników!” „chcemy wolności”  zabrzmiały z całą mocą. Po dłuższym czasie z budynku komitetu wyszedł ubrany w garnitur otyły mężczyzna i tubalnym głosem zaczął nawoływać do rozejścia. W odpowiedzi usłyszał gwizdy. Niektórzy zaczęli szarpać jego ubranie. Wśród śmiechów i pogróżek został zmuszony do ucieczki. Widok czmychającej przed gniewem robotników władzy uskrzydlił demonstrantów. Hasła domagające się zniesienia podwyżek wzmagały się na sile.  W odpowiedzi na głos ludu w otwartym oknie trzeciego  piętra pojawiła się sylwetka mężczyzny.

– To Prokopiak, sekretarz! – ktoś zawołał.

Ponownie rozległy się gwizdy. Sekretarz podniósł tubę do ust. Drżącym ze zdenerwowania głosem obiecał zadzwonić do Warszawy i przekazać żądania robotników.

– Nie wierzyć mu, władza zawsze kłamie! – rozległy się pojedyncze głosy.

– Czerwona hołota! – dołączały się inne.

– To niech przyjdzie tu wasza delegacja – zabrzmiało z tuby.

Stojący w pierwszym szeregu zaczęli się naradzać. Jakaś kobieta przecisnęła się do nich. Była to Bukacka.

– Ja pójdę. Mnie tak łatwo nie oszukają!

Trzech mężczyzn dołączyło do niej. Zniknęli we wnętrzu budynku, odprowadzeni pełnymi obawy spojrzeniami.

– Mogą ich zaaresztować – szepnęła Wiesia.

– Nie odważą się. Zobacz, ilu nas tu jest – Ewa ścisnęła jej rękę.

Kilkanaście minut czekania dłużyło się niezmiernie. W oknie ponownie ukazał się Prokopiak, a przy nim członkowie delegacji. Wiadomość o wykonanym telefonie i obiecanej za dwie godziny odpowiedzi została przyjęta z radością, a na widok wracających cało i zdrowo delegatów rozległy się brawa.

Okres oczekiwania na odwołanie podwyżek przez władze z Warszawy przerywano śpiewem, rzucanymi hasłami, rozmową. Minęły dwie godziny i nikt nie pojawił się w oknie. Szmer gniewu narastał z minuty na minutę, aż uformował się w wielki okrzyk – Prokopiak uciekł. Na komitet!  Ludzie wdarli się do środka, rozbiegając się po pokojach. Ewa straciła z oczu koleżanki, popychana przez rozszalałą od gniewu masę ludzką. Wcisnęła się w kąt korytarza i obserwowała z przerażeniem, a jednocześnie z jakimś dziwnym uniesieniem obrazy przewijające się przed jej oczami: roztrzaskiwanie mebli, rozbijanie wizerunków wodzów rewolucji, wyrzucaniekiełbas i puszek z szynką– prawdopodobnie z bufetu, o którego luksusowym zaopatrzeniu krążyło tyle legend. Zepchnięty z ostatniego pietra  długi, czerwony dywan, zahaczając o balustradę schodów, spadał w formie symbolicznej wstęgi.Ktoś podłożył ogień pod stos czerwonych flag. Ogarnął je płomień, który szybko przeskoczył na połamane krzesła i biurka. Dym stawał się coraz gęstszy. Ludzie zaczęli się wycofywać, a Ewa razem z nimi. Na zewnątrz panował również chaos. Właśnie grupa mężczyzn przewracała drugi autobus. To z nich i z wyrzuconych przez okna sprzętów powstawały barykady.

– Wiesia, Zosia, Bożenka!  – Ewa zobaczyła w oddali przyjaciółki.  Podbiegła do nich.

– Uciekajmy.  Niech chłopaki się biją. Nic tu po nas.

Złapały się za ręce i zaledwie uszły kilka kroków, kiedy usłyszały potężny okrzyk – Idą!

Dziewczęta stanęły jak wryte. Ulicą Pierwszego Maja szły cztery kolumny uzbrojonych w tarcze i pałki zomowców. Przed nimi jechało kilka opancerzonych wozów, a z jednego z nich  wystrzeliwały skierowane w tłum strugi wody. Zza barykady posypały się na napastników kamienie, lecz większość ludzi rzuciła się do ucieczki, a wraz z nimi cztery dziewczęta. Po drodze napotykały grupy demonstrantów oraz ludzi wynoszących ze sklepów towary.Na ulicy Żeromskiego zwolniły biegu, chciały się nawet zatrzymać dla złapania tchu, gdy znajomy już widok zmroził im krew w żyłach. Zomowcy,  początkowo idący w karnych kolumnach,  rozbiegli się, dopadając i waląc z całych sił pałkami kogo się dało – kobiety, mężczyzn, a nawet nastolatków. Krzyki katowanych, wycie oprawców, spadające petardy z gazem  otumanił przerażone młode robotnice.

– Szybko, do bramy – Bożena pierwsza odzyskała przytomność.

Stanęły ciasno przytulone jedna przy drugiej. Obrazy przesuwające się przed ich oczami w swojej nierealności przypominały sceny z filmu. Ewa, jak zahipnotyzowana obserwowała brutalne sceny, pragnąc im jakoś zapobiec. A jednak nie mogła nawet postąpić kroku. Sparaliżował ją strach. Dopiero gdy dym gazu łzawiącego zaczął je wszystkie dusić, były zmuszone opuścić swoją kryjówkę.

cdn

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij