Od Czerwca do Czerwca

Taka była wtedy Polska. A teraz? Trzeba mieć nadzieję, że jak napisał jeden z autorów, Polska „tylko na chwilę pokazuje swoją brzydszą twarz”.

Jak 4 czerwca 1989 roku i kolejne rocznice roku wspominają ludzie, którym wtedy „nie było wszystko jedno”, choć nie weszli do polityki czy do opozycji? Wspomnienia „zwykłych ludzi” przydadzą się młodym, którzy nie wiedzą, że aby wtedy wyjechać z kraju, trzeba było odpowiednio wcześniej złożyć podanie o paszport i pozwolenie wywiezienia 5 dolarów na cały wyjazd (w Paryżu można było za to kupić kawę i rajstopy). Młodzi nie rozumieją pojęcia „nie w pełni wolne wybory”. Młodzi nie mają pojęcia, że władza wtedy mogła wszystko. Że telewizja publiczna indoktrynowała. Polska wtedy to Polska pełna zakazów, nakazów, inwektyw, kłamstwa … Czy czegoś to Wam nie przypomina?

 

Jacek Mrozowski, koder z Radomia, autor artykułów do portalu

4 czerwca 1989 roku głosowaliśmy w komisji mieszczącej się w szkole przy ulicy Anczyca w Łodzi. W sąsiedniej kabince głosował mój sąsiad zwany przez nas Pluszczykiem. Oględnie mówiąc, nie żyliśmy z nim w wielkiej, wzajemnej sympatii. Ale słyszę przez przepierzenie, że coś tam pod nosem mamrocze, przeglądając karty do głosowania. Mamrotał: „A ty je***y komuchu. Won! O, i tu czerwona gnida. Paszoł precz! No, proszę, jaki zestaw bolszewickich karaluchów! Wypie****ć !” I w podobnym duchu analizował zawartość list wyborczych. Od razu moja sympatia do sąsiada skoczyła w górę. W kolejnych miesiącach zażegnaliśmy zadawniony spór o miejsce parkingowe i nawet wspólnie wypiliśmy jakieś piwko na podwórku. Wystarczyła ta krótka chwila.

 

Paweł Janas, z grupy KOD Mokotów

Poranek 4 czerwca 1989 roku. Rankiem wracałem z Siedlec, z wesela znajomych. Po drodze wstąpiłem do „mojego” lokalu wyborczego w Warszawie, w szkole przy Spartańskiej. Te emocje towarzyszące pierwszemu wolnemu (choć niecałkowicie) głosowaniu! I wspomnienie roku 1985, gdy milicja zgarnęła mnie i kolegę, oskarżając  o liczenie wchodzących i wychodzących z lokalu (exit poll wtedy nie było, to „wymysł” współczesnych czasów). Mogę legalnie głosować na kogo chcę. Biorę karty do głosowania. Idę za zasłonkę. Wtedy o ile mnie pamięć nie myli, władza, żeby utrudnić, nakazała wykreślanie „niewybieranych” (a nie, jak teraz, zaznaczanie wybieranych). Przez ściankę oddzielającą kabiny do głosowania słyszę jak ktoś z zapamiętaniem skreśla (zapewne wszystkich kandydatów z nienawistnej „listy krajowej”). „Jest dobrze” – pomyślałem. Na twarzach mężów zaufania Komitetu Obywatelskiego uśmiechy, bo w całym lokalu słychać tę „wykreślankę”. Zadowolony wracam do domu. A tu informacja o tragedii na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie. Jak obuchem w łeb!

 

Przemysław Wiszniewski, autor tekstów do portalu

Przy ulicy Mysiej mieściła się cenzura i twórcy peregrynowali tam, żeby móc cokolwiek opublikować. Nie tylko zresztą twórcy. Moja żona pisała pracę magisterską z zastosowaniem kwestionariusza. Próba badawcza wynosiła prawie sto osób. To był eksperyment psychologiczny z zastosowaniem ankiety i wszystko odbywało się w ponurych latach osiemdziesiątych. W stolicy było tylko kilka punktów kserograficznych. Prywatnych a nawet biurowych kserografów wówczas nie było. Legalne punkty powielały za odpłatnością cokolwiek klient przyniósł, lecz tylko do konkretnego limitu egzemplarzy (chyba 20 kopii), powyżej którego na oryginale musiała się znajdować pieczątka urzędu cenzorskiego. Więc rad nie rad, chcąc pomóc żonie (wtedy jeszcze narzeczonej), wybrałem się na Mysią w celu zdobycia stosownej pieczątki. Miła urzędniczka przyjęła mnie w przestronnym pokoju, po czym zabrała się za lekturę psychologicznych pytań z ankiety. Próbowała zadawać merytoryczne pytania, na które chętnie udzielałem odpowiedzi, posługując się psychologicznym żargonem. Wyczuwałem, że chce sprawić wrażenie obytej i zorientowanej, a przede wszystkim kompetentnej. Już przy drugiej stronie trochę jej się znudziło. Pieczątka z parafką trafiła na lewy dolny róg i mogłem odetchnąć z ulgą. Po obaleniu reżimu, po zniesieniu cenzury ludzie związani z podziemną prasą spotykali się każdego kolejnego 4 czerwca, aby świętować normalne czasy. To jest moje najpiękniejsze wspomnienie związane z tą datą.

 

Wojciech Glinka, koder z Mazur, bloger, www.kodolsztyn.blogspot.com

Ten dzień pamiętam bardzo dobrze. 4 czerwca 1989 roku byłem w Danii u zaprzyjaźnionych dziennikarzy. Z dużą nadzieją czekałem na rezultat wyborów. Następnego dnia rano zajrzałem do gazety leżącej na stole w kuchni i zdębiałem. Na pierwszej stronie krzyczał wielki, na ćwierć strony, czerwony napis: KINA!!! Pod spodem fotografia. Człowiek stojący przed czołgiem. Gdyby to był film, widziałbym jego śmierć pod gąsienicami. Nie znam duńskiego, dopiero po chwili zorientowałem się, co się stało. Że Kina to Chiny. Że plac Tiananmen właśnie spłynął krwią.

Dokładnie 27 lat później, na manifestację do Warszawy wybrałem się z Warmią, by w mojej grupie i razem z trzema prezydentami świętować dzień odzyskania wolności.  Dojechaliśmy w deszczu. Na warszawskich ulicach mijałem kolejne, bardzo liczne grupy w biało-czerwonych barwach. Starzy i młodzi, wszyscy uśmiechnięci. Przy Królewskiej formowała się kontrdemonstracja narodowców. Było ich mniej niż policjantów. Widać było, że moc jest z nami.

W końcu ruszyliśmy. Z przodu motory, potem rzeka ludzi. Chwilę potem oficjalne czoło marszu. Same znakomitości: prezydenci, Krzysztof Łoziński, Mateusz Kijowski, opozycjoniści i politycy. Ludzie wciąż szli i szli. Dla zabicia czasu, zacząłem liczyć maszerujących. I policzyłem. Było 4560 demonstrantów i 45 200 turystów. Jedną panią policzyłem podwójnie. Wiadomo, Niemka. A poważnie – wzruszenie ścisnęło mi gardło, gdy na placu Konstytucji, po zakończeniu uroczystości, wznieśliśmy toast za Polskę, za wolność, za wszystko, co nas łączy. I wtedy przypomniałem sobie tamten dzień. Dania, Chiny, Pekin, czołgi. W sumie mamy fart, prawda?

 

Paweł Olbrych, przyglądający się „dobrym zmianom”, od czasu do czasu piszący dla portalu

W 1989 roku skończyłem studia. Profesor Wojciech Góralczyk polecił mnie ministrowi Krzysztofowi Skubiszewskiemu, aby mnie wziął do MSZ. To poszedłem służyć krajowi! Moja wypłata przez pierwszy rok wynosiła 46 500 złotych, które wtedy po przeliczeniu, uwaga!, miały wartość 5 (pięciu) dolarów amerykańskich. Po roku zrezygnowałem i pojechałem do Włoch sprawdzić się w biznesie. Dlaczego do słonecznej Italii? Cztery lata wcześniej korzystałem tam ze stypendium, aby dojechać, kupiłem bilet kolejowy do Budapesztu i miałem 20 dolarów na podróż. Dotarłem do Perugii… piechotą. Wyjechałem za granicę w 1990, wróciłem w 1996. Po powrocie dostałem pracę za …. 64 000 dolarów miesięcznie. Zmiana ogromna. Z mojego pokolenia ci, którzy się uczyli, pracowali i nie bali się wyzwań, wszyscy niemal weszli na szczyt.

Ostatnie 27 lat to wspaniały czas pracy, rozwoju, tworzenia. Polska jest wspaniała i wierzę, że tylko na chwilę pokazuje swoją brzydszą twarz. Symbolem Francji jest Marianna, której oficjalna podobizna jest uaktualniana na wzór bieżącej ikony piękna. Francuska Marianna miała już twarz Catherine Deneuve, Sophie Marceau, Vanessy Paradis. My także mieliśmy „piękne Marianny”, kobiety mądre, kompetentne, których uroda płynęła również z wnętrza. Panie Jarugę-Nowacką, Joannę Muchę, Małgorzaty: Niezabitowską i Kidawę-Błońską, a zamieniliśmy je na Kempę i Pawłowicz. To było wspaniałe 27 lat i jeszcze dorobimy się nowych „pięknych Mariann”.

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij