Niczyja bogini

Inaczej niż antyczny pierwowzór, ta postać nie trzyma w dłoni gałązki oliwnej, lecz miecz. I nie byle jaki, bo symbol państwa polskiego – Szczerbiec.

Jolanta Wrońska

Koronacyjny miecz królów Polski dzierży warszawska Nike. Czyż może być wymowniejszy symbol miasta zdruzgotanego, a przecież zmartwychwstałego? Odrodzenia z hekatomby ponad pół miliona jego mieszkańców, których nieobecność wciąż boli? Przypomnijmy historię powstania tego pomnika i jego dalsze losy.

Milczące oczekiwanie

Dopiero 11 lat po wojnie, na fali „odwilży”, 30.07.1956 r. Stołeczna Rada Narodowa ogłosiła konkurs na pomnik Bohaterów Warszawy. Patronat nad przedsięwzięciem objął popularny dziennik „Życie Warszawy”, znaczną kwotę wyłożył Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy. Ale przede wszystkim gremialnie do społecznej zbiórki przystąpili warszawiacy. Chcieli pomnika dla powstańców warszawskich, choć nigdzie w oficjalnych warunkach konkursu ani deklaracjach Komitetu Budowy nie ma słowa o powstaniu warszawskim. To niewypowiedziane oczekiwanie zderzyło się z PRL-owską geopolityką „zamilczenia” AK i powstania warszawskiego.

Komitet zebrał ogromną naówczas sumę ponad 7 mln zł. Na konkurs wpłynęło 196 prac z kraju i zagranicy, żadnej jednak nie wybrano. Sprawa zamarła.

Po trzech latach, w zupełnie już innym klimacie politycznego zdławienia październikowych nadziei, rozpisano drugi konkurs, z udziałem laureatów i autorów wyróżnionych prac z pierwszego konkursu. Spośród 106 projektów zwyciężyła praca „Nike Warszawy” rzeźbiarza  Mariana Koniecznego, wychowanka  Xawerego Dunikowskiego oraz architektów Zagremmy i Adama Koniecznych. Zapewne do jury przemówiło oryginalne potraktowanie figury wprost odwołującej się do Syrenki, herbu Warszawy.

Odsłonięty 20 lipca 1964 roku pomnik stanął na przed Teatrem Wielkim, w miejscu zniszczonego przez Niemców pałacu Jabłonowskich (przedwojennego ratusza). Wbrew pierwotnemu projektowi, znacznie obniżono cokół zwróconej twarzą ku zachodowi postaci, co znacznie osłabiło jej, założoną przez twórcę, wymowę „Palladium” – wznoszącej się wysoko nad miastem bogini-strażniczki. Na białym cokole widniał prosty napis: „Bohaterom Warszawy 1939‒1945”.

I o ten napis poszło. Bo jakże to? Bez dzielenia na swoich i nie-swoich? Z getta i z „aryjskiej” strony? Powstańców warszawskich i cywilów? Jeden pomnik czczący wszystkich, którzy walczyli i rozpaczali, których zabijano bezbronnych i którzy zginęli z bronią w garści? Znanym z nazwisk i bezimiennym, dorosłym i dzieciom, endekom, socjalistom, komunistom, Żydom i katolikom – im wszystkim jednaki hołd? Bohaterom Warszawy? Wszystkim, jak leci? A w życiu!

Wielu uwierało też, że już w kwietniu 1946 roku na potwornym pustkowiu po dzielnicy żydowskiej zrównanej z ziemią przez Niemców stanął pierwszy pomnik autorstwa Leona Suzina czczący powstańców w getcie. Niedługo potem, w piątą rocznicę wybuchu żydowskiego powstania, 19 kwietnia 1949 r., odsłonięto monument (Leon Suzin) ze wstrząsającą rzeźbą Natana Rapaporta, oddający cześć Bohaterom Getta Warszawskiego. A pomnika powstańców warszawskich wciąż nie było. To rodziło złą krew. Nie poprawił atmosfery Pomnik Małego Powstańca, odsłonięty na Starówce w 1983 r.

Ideologiczny odwet

Po 1989 r. czasy nastały takie, że za PZPR-owską przynależność Mariana Koniecznego identyfikującego się z PRL, obecnie uznawaną za czarną dziurę w dziejach kraju, oberwała Nike. Późną jesienią 1995 roku ratusz wydał zgodę prywatnemu inwestorowi na odtworzenie północnej pierzei placu Teatralnego z repliką pałacu Jabłonowskich. Nike zdemontowano i poddano konserwacji. Przy tej okazji autor upierał się, by przywrócić rzeźbie projektowany pierwotnie 20-metrowy cokół. Ratusz wolał niższy i kompromisowo stanęła Nike na podwyższonym do 14 m cokole, autorstwa Marty Pinkiewicz-Woźniakowskiej, co znakomicie poprawiło proporcje pomnika i wzmocniło ekspresję rzeźby.

Cóż z tego, skoro w grudniu 1997 r. ten najlepszy artystycznie warszawski pomnik upchnięto w miejsce, bądźmy szczerzy, poślednie. Obok Domu pod Królami (siedziba ZAiKS-u), tuż przy Trasie W-Z, w kątku, obok którego się tylko pospiesznie przejeżdża. Ot, coś tam zza krzaków przez mgnienie się wyłania przed szybą samochodu czy zza okien „zbiorkom” i momentalnie znika. Tkwi w miejscu społecznie martwym, nikogo nie przyciągającym.

Artystyczną wyrwę po eksmitowanej Nike zastąpił w mieście wysyp pomników spraw i osób dzisiaj słusznych ideologicznie. I – jakżeby inaczej – każdemu osobno. Armii Krajowej osobno, Państwu Podziemnemu osobno, generałowi „Grotowi” też osobno. I Dmowskiemu, i naturalnie Piłsudskiemu. Niestety nader często większość jest artystycznie marna, za to dobijająca puentę deską. Jak ten, w końcu po długich kłótniach komisyjnie ustalony, narracyjnie dopowiedziany do ściany, pomnik Powstania Warszawskiego na placu Krasińskich, czy ten Poległym i Zamordowanym na Wschodzie. Kompletnie ignorujący zresztą kontekst emblematycznego dla dzielnicy żydowskiej niegdysiejszego placu Muranowskiego.

Grzech pierworodny

W Warszawie każdy pomnik jest czyjś. Tylko ona, Nike Warszawska, jest niczyja; taki jej grzech pierworodny. Marian Konieczny spiął solidarną pamięcią wszystkie ofiary. Wspiął się swoją swą wstrząsającą rzeźbą ponad narodową przywarę szatkowania pamięci na plasterki. Weźmiemy Nike w naszą opiekę. Bo jest niczyja. Bo została porzucona i odrzucona. Bo prócz miecza, wzięła też w dłoń parasolkę i trzyma ją dumnie nad głową. Bo my stąd!

Jolanta Wrońska

 Fot. Jacek Sielski/Forum

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij