Kiedy na Kijowskiego mówili „Matys”

W tym tekście nie będzie polityki ani KOD-u, nie będzie o Polsce, ale będzie o tym, jak rodził się społecznik. Bohater tekstu nie zabierze głosu. Powiedzą o nim przyjaciele z młodości.

Katarzyna Wyszomierska

Zapytani o wspomnienia podzielili się na dwie grupy: jedni mówili, że ich młodzieńcze wspólne wybryki nie nadają się do publikacji, inni mylili Mateusza ze starszym, ale bliźniaczo podobnym jego bratem Pawłem. Wszyscy jednak podkreślają, że pracy społecznej „Matys” uczył się na warszawskim Rakowcu. A miał najlepsze wzorce.

‒ Właściwie on nie miał szans zostać w cieniu, być człowiekiem, któremu „jest wszystko jedno”, bo nie ma poglądów ‒ tłumaczy „Mysza” z grupy „Studzionki” w „Wędrowcu”. ‒ Z rodziny tak poświęcającej się pracy społecznej, tak rozumiejącej swoją katolickość, tak poważnie traktującej słowa Jana Pawła II o służbie bliźniemu, nie mógł wyjść człowiek, który myśli pieniędzmi, stanowiskami czy własną korzyścią. Oczywiście dla nas wszystkich są to ważne rzeczy, ale nie najważniejsze. Myśmy mieli takie wzorce osobowe jak Ciocie i Wujowie (do założycieli grupy, państwa Kijowskich, Pęzińskich i Roszkowskich, wywodzących się z ruchu Przymierza Rodzin i Klubu Inteligencji Katolickiej tak się mówiło w „Wędrowcu”), którzy poświęcali swój wolny czas i energię obcym dzieciakom. Zawsze powtarzam, że moje społeczne zaangażowanie i pracę charytatywną zawdzięczam Państwu Kijowskim i  Machulskim. To oni pokazali mi, że praca dla drugiego człowieka może przynosić ogromną satysfakcję, a kasa to nie wszystko.

„Kiep ten, kto się swego nazwiska wstydzi”

Mateusz Kijowski - maty Ks. Grzegorz Michalczyk, nieco starszy od Mateusza, także należący do „Wędrowca”, musiał publicznie zabrać głos po fali hejtu w prawicowych mediach, które dotknęły rodzinę Kijowskich. Duszpasterz akademicki, niegdyś proboszcz parafii w podwarszawskich Laskach, a obecnie krajowy duszpasterz środowisk twórczych i rektor kościoła św. Alberta i Andrzeja w Warszawie, wiceprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów napisał: „Szlag mnie trafia, gdy opluwa się jego rodzinę, bliskich i przodków! Znam rodzinę Kijowskich niemal od dziecka. Razem z braćmi Pawłem i Mateuszem Kijowskimi prowadziłem w latach 80-tych grupę dzieciaków w naszej parafii na warszawskim Rakowcu. »Wędrowiec«, cząstka powstającego wówczas »Przymierza Rodzin«, jest jednym z najpiękniejszych doświadczeń mojego życia. Wiem, że tak samo myślą dziesiątki, jeśli nie setki, uczestniczek i uczestników letnich i zimowych obozów, żeglarskich rejsów i eskapad naszych »wędrowcowych« grup. To wszystko mogło się realizować dzięki Jerzemu Kijowskiemu, profesorowi, genialnemu fizykowi, »Wujowi Jurkowi« – jak go do dziś nazywamy. Nie mogę dziś tego nie powiedzieć: Jerzy Kijowski, ojciec Mateusza, Pawła i Marty, jest jednym z najszlachetniejszych i najbardziej prawych ludzi, jakich poznałem w życiu. Dla mnie i moich rówieśników, szczeniaków, wkraczających w trudnych latach 80-tych w dorosłość, był Mistrzem. Zawdzięczamy mu więcej, niż możemy to wyrazić. Ja wiem jedno: nie byłbym tu, gdzie dziś jestem, gdyby nie jego mądrość i przykład życia, pozytywistyczny zapał i społecznikowskie zaangażowanie. Nigdy też nie zapomnę praktycznej nauki chrześcijaństwa, którą mu zawdzięczam”. Dodaje, że podtrzymuje nadal te słowa, a „Matys” zawsze może liczyć na jego życzliwość.

Mateusz Kijowski - Kiedy na Mateusza mówili „Matys”
Kijowscy wyróżniają się wzrostem i muzykalnością – tu ojciec i syn na ognisku na jednym z obozów letnich.

Mateusz rodziców nie musi się wstydzić. Wręcz odwrotnie. Skąd na warszawskim Rakowcu wzięli się ludzie pokroju Cioci i Wuja Kijowskich? Piotr Pęziński, syn jednego z Wujów „wędrowcowych” (ze względu na wiek nie działał aktywnie w tej grupie, ale ma żonę i przyjaciół z „Wędrowca”) wspomina: ‒ W drugiej połowie lat 50. moja mama śpiewała z Wujkiem Jurkiem i Ciocią Krysią w chórze harcerskim druha Skoraczewskiego, działacza i społecznika, wywodzącego się z przedwojennego harcerstwa i z Szarych Szeregów. Chór jeździł ciężarówkami po mazurskich miasteczkach, dając koncerty, stanowiące przeważnie jedyne źródło kulturalnych doznań jej mieszkańców. Mama wspominała, że Krysia była typem cichej panienki z dobrego domu, Jurek zaś (harcerz Czarnej Jedynki z warszawskiego liceum Rejtana) wybijał się nie tylko doniosłym basem, ale też przebojowością i czarowaniem koleżanek. Niejedna chórzystka podkochiwała się w Jurku. Niejedna „wędrowniczka” 25 lat później wzdychała po cichu do Mateusza i Pawła…

Ta rzadka u schyłku komuny aktywność i religijno-społecznikowski zapał rodziców Mateusza doprowadziły do powstania „Wędrowca” przy parafii na ulicy Gorlickiej na warszawskim Rakowcu. Aby formalnie można było działać „podpięto” grupę pod oddział PTTK, bo działalność przy parafiach nie była dobrze widziana. Wujowie i Ciocie pracowali ze swoimi dziećmi i dziećmi znajomych, a kiedy one nieco dorosły, pomagali im założyć grupy. Młodzież chcieli wychować na ludzi wierzących, ale otwartych na innych, odpowiedzialnych za siebie i za kraj.

„Gdzie ojca nie ma, tam Pismo mówi: wuja słuchać będziesz” 

Piotr Chrząstowski w gazetce „wędrowcowej” „Nibelung” opisuje, że Wuj Kijowski namówił go do prowadzenia jego grupy jeszcze w KiK-u. „Przez półtora roku niczym specjalnym nie wyróżnialiśmy się spośród pozostałych grup (…) aż w końcu przyszedł pamiętny dzień 13 grudnia 1981 roku, na który mieliśmy zaplanowaną wycieczkę. O wprowadzeniu stanu wojennego dowiedziałem się (…) dopiero pod kościołem św. Barbary, gdzie mieliśmy spotkanie. (…) Wycieczka się nie odbyła, KiK został zawieszony i nasza normalna działalność musiała ustać” ‒ wspomina. 

Na wiosnę 1982 roku Wuj Jurek zaprosił ich do swojej parafii. Najpierw obóz żeglarski, podczas którego „wymyślano” „Wędrowca”, potem udało się zorganizować obóz zimowy i czterodniowy wypad w maju („ze słynnym zaginięciem czternastoletniego „Matysa” w czasie gry nocnej”, jak czytamy w „Nibelungu”). I tak dzieciaki przyciągały swoich rówieśników. ‒ Ja o grupie dowiedziałam się od Krzysia, kolegi z klasy w „Kołłątaju” – mówi „Mysza”. ‒ Zapisaliśmy się w kilka osób. Stworzyliśmy grupę „Studzionki”, którą poprowadził właśnie Krzysiek. Teraz to niedopuszczalne, żeby na obozy czy wycieczki wypuszczać dzieciaki pod opieką rówieśników. Ale mamy inne czasy.  

Mateusz Kijowski kwatMłodzież z „Wędrowca” pochodziła z bardzo różnych domów i środowisk: byli wierzący, niewierzący czy jak Piotr Pęziński ‒ bez reszty zaangażowani w praktykowanie jogi i medytacji. ‒ Odmienność dla nikogo nie była tu problemem – mówi. A „Mysza” dodaje: – Moja rodzina była ledwie „letnia”, jeśli chodzi o religię w porównaniu z rodziną Kijowskich czy niektórych moich rówieśników. Były i inne różnice. Ja, córka mechanika samochodowego i urzędniczki, w grupie miałam kolegę ‒ syna jednego z tuzów adwokatury warszawskiej, czy córkę państwa profesorostwa. Uczyliśmy się od siebie ogłady towarzyskiej, popularny był kurs tańca czy nauka gry w brydża. Pamiętam w domu Kijowskich jakieś wieczorne konwersacje o rzeczach najważniejszych, przy ognisku prowadzono dysputy o wartościach, o których u mnie w domu nigdy się nie rozmawiało. I sypanie cytatami z filmu czy dzieł klasycznych, np. z „Trylogii”. Dziś to rzadkość. 

W jednym z artykułów w „Nibelungu” Ciocia Kijowska przypominała młodzieży o wspólnocie, która dba o osoby najsłabsze, a w tym kontekście chodziło o staranie się, aby wszystkich stać było na wyjazd na obóz. Działo się to w czasie rozkwitu „Solidarności”, także tej pisanej małą literą. Troska nie o siebie, ale o innych ‒ młodzież tak była wtedy wychowywana.

Choć byli z różnych środowisk, kościół, wtedy pod probostwem ks. Witolda, przyciągał ich. To był początek katolicyzmu „otwartego” i radosnego, jakim promieniował Jan Paweł II, na spotkania z którym często jeździli. Piotr Pęziński wspomina: ‒ Była to jednak ta rzadka odmiana wychowania katolickiego, która nie przejawia się uniżonym umizgiwaniem do księdza, ale prowadzeniem z nim poważnych sporów i dyskusji. Postawa dialogu i partnerstwa. Ksiądz Witold bardzo rodzinę Kijowskich cenił i szanował. Dzięki „Wędrowcowi” kościół na Rakowcu tętnił życiem. Było radośnie na mszy i po niej.

‒ Zaspany „Matys” wystrzelił do mnie: „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje, a kto później troszeczkę, daje bułeczkę” – śmieje się „Zboinka”. ‒ Przez wiele lat, a przecież były to lata kryzysu jedzeniowego w PRL i wielkiej wiary,  „przegryzałam” to jego powiedzenie.Mateusz Kijowski - Kiedy na Mateusza mówili „Matys”

„Wielkiej fantazji kawaler …”

‒ „Matys” z drutami do dziergania w ręku – śmieje się Malwina Okrzesik z grupy Yeti. – Naprawdę! Dziergał w przeróżnych okolicznościach: w czasie podróży pociągiem, w czasie zebrań „wędrowcowych” czy podczas ognisk. Taki praktyczny chłopak, któremu sprawiały przyjemność robótki ręczne, z którymi zresztą sobie świetnie radził – szalik, czapka czy sweter w jego wykonaniu prezentowały się doskonale. No i lubił wykorzystać każdą chwilę – głowa pracuje, ale ręce wolne, więc dziergamy. Warto pamiętać, że w czasach, kiedy w sklepach było niewiele, dlatego każdy, kto umiał coś uszyć czy wydziergać, wyglądał szykownie. „Matys” miał też inne praktyczne umiejętności: umiał szyć na maszynie, nawet takie bardziej artystyczne wyroby. Pamiętam, że nawet pożyczałam mu maszynę.

W „Wędrowcu” zawsze było pełno roboty, a on wszędzie chciał pomóc i miał zręczne ręce. ‒ Był raczej wolnym strzelcem – mówi Gosia, kiedyś „Gęś”, w dzieciństwie mieszkająca w sąsiedztwie Kijowskich. ‒ Byliśmy z „Matysem” raczej od konkretnej roboty, więc jeździliśmy razem na kwaterki. On bywał tak jak ja na obozach głównym magazynierem czy kwatermistrzem, musieliśmy się mocno nakombinować, żeby podczas obozów zapewnić każdego dnia ponad setce dzieci świeże pieczywo czy warzywa i owoce, to były lata 80-te, nie było supermarketu w każdej wsi ‒ „Mysza” śmieje się: ‒ To były czasy absurdów i wiecznego braku podstawowych nawet produktów, więc jako kwatermistrz grupy zamiast na narty na obozie zimowym szłam do kolejki. Ale miałam na to sposób. Łatwiej było, gdy towarzyszył mi ksiądz Jan, bo w górach szanują księży. Więc na zakupy na „kartki” szliśmy razem. W sumie i tak nie mogłam jeździć każdego dnia, bo z koleżanką miałam parę nart do spółki. Moich rodziców nie było na nie stać.

Mateusz Kijowski - Kiedy na Mateusza mówili „Matys”
Na kwaterce bywało ciężko.

O kwaterce wspomina także Marcin Zagdański: ‒ Kwaterka to kilka dni przed rozpoczęciem obozu, kiedy grupa starszych, bardziej doświadczonych obozowiczów często ze wsparciem kilku rodziców przyjeżdża na miejsce obozu, żeby wszystko przygotować. Rozbić namioty dla młodszych grup, zbudować infrastrukturę ‒ kuchnie, jadalnie, latryny, takie współczesne toi toi. Przez kilka dni załatwialiśmy zgody z leśnictwem, z leśniczym wyznaczaliśmy miejsce pod poszczególne podobozy, kuchnie, latryny, pomosty. Odbieraliśmy od pilarzy wycięte z lasu żerdzie, które miały służyć za budulec dla całej infrastruktury. Załatwialiśmy od okolicznych gospodarzy stare cegły, z których były budowane kuchnie. Myślę, że gdybyśmy teraz mieli poprowadzić takie przedsięwzięcie, nie obyłoby się bez planowania, wyszukiwania informacji w Internecie. Wtedy, w 1988 roku, wystarczył młodzieńczy zapał. Kilka dni przed rozpoczęciem kwaterki pojechaliśmy z Mateuszem na miejsce obozu. Tam spotkaliśmy się z Kasią i Arturem, którzy przyjechali parafialnym żukiem. Rozbiliśmy pierwszy biwak. Pamiętam, że tego dnia w telewizji były „Biesy” Wajdy. Ciągnęliśmy losy, ktoś musiał zostać na miejscu pilnować dobytku, pozostali mieli pójść na telewizję do umówionych wcześniej gospodarzy. Tego dnia nie miałem szczęścia i zostałem z całym majdanem w lesie.

‒ Z Pawłem – wspomina Piotr Pęziński ‒ chodziłem przez rok do liceum. Mieszkaliśmy dwa bloki od siebie. To był rok 1980‒1981. Pamiętam polityczne wrzenie, które nas wtedy otaczało, strajki, kłopoty z komunikacją. Autobusy ‒ wypchane do maksimum ludźmi ‒ ciągle się psuły. Zdumiewało mnie jak Paweł zażarcie wykłócał się u kierowcy o wydanie mu jakiegoś zaświadczenia do szkoły o awarii lub spóźnieniu autobusu. A gdy takowego nie dostał (bo kierowcy mieli pasażerów generalnie w nosie), pamiętam jego nieustanne tłumaczenia nauczycielom, że powodem spóźnienia i całego wszechobecnego bajzlu jest chory system, czyli komuna. On miał oczywiście rację, ale wtedy wydawały mi się te jego eksklamacje kompletnie bez sensu ‒ przejaw jakiegoś abstrakcyjnego idealizmu graniczącego z naiwnością. Myślę, że Mateusz też „to” miał. Pewien taki wewnętrzny upór, zacięcie, często wbrew całemu światu, wbrew logice. To był jakiś taki straceńczy imperatyw nie po to, żeby „błysnąć” i zaimponować, ale że „tak trzeba”. To sprawiało, że mimo pozostawania w grupie, Mateusz był zarazem jakby nieco z boku.

‒ Dużo lepiej niż Mateusza znałem jego starszego brata Pawła. Mateusz zdawał mi się trochę jakby schowany za Pawłem, w cieniu… Z drugiej strony byłem starszy ‒ Mateusz był dla mnie wtedy „małolatem”. Mylili mi się. ‒ mówi Piotr Pęziński. To akurat często zdarzało się innym moimi rozmówcom. ‒ Patrząc wtedy i teraz na „Matysa”, widzę ojca i to powiedzenie o jabłku i jabłoni jest w tym wypadku bardzo adekwatne ‒ dodaje „Gęś”. Piotr zaś uzupełnia opis braci: ‒ I jeden, i drugi ‒ wysocy, chudzi jak szczapy. Mieli ‒ na przemian ‒ to długie, to wystrzyżone niemal do gołej skóry włosy. Zapamiętałem ich jako galopujących „nie wiadomo dokąd” na swoich długich nogach, opowiadających coś ze swadą, śmiejących się nieustannie i w charakterystyczny sposób chrząkających od czasu do czasu. ‒ Podobali się dziewczynom. Nie tylko ze względu na urodę, choć…Mateusz Kijowski

„Gładkość nigdy na złe nie wychodzi”

Mateusz grał na gitarze i z tego powodu był zapraszany na ogniska. Wysoki, przystojny, ładnie śpiewał. ‒ On jakoś wtedy nie próbował się nigdzie przebijać, stał z boku, pamiętam tę jego łagodność, uprzejmość, uśmiech i życzliwość. ‒ „Mysza” uśmiecha się. ‒ Mieliśmy po 16, 18 lat i pierwsze miłości na tapecie. Pannom podobało się jak on, „Mozart” czy Boguś, obracali gitarą czy grali „Obławę” w świetle księżyca. A jak jeszcze gość był obrotny, umiał rozłożyć namiot, zatroszczyć się o słabszą płeć, wiedział, do czego młotek służy, wianuszek dziewczyn miał wkoło. I dlatego ja też mam męża z „Wędrowca”.

„Kiełbieś”, Marcin Kiełbiewski, mieszkający piętro wyżej niż Kijowscy, mówi, że „Matysa” zawsze było pełno, a jego ręce przydawały się z wielu grupach. ‒ Był taki techniczny z jednej strony, np. wydawał śpiewniki, załatwiał sprawy przed obozem. Zarabialiśmy na obóz, sklejając pudełka z tektury. Świetnie śpiewał, grał na gitarze i prowadził chór na zmianę ze swoją mamą, tatą, bratem i siostrą. Taka rozśpiewana rodzina – mówi Marcin.

O talencie muzycznym Mateusza wspominają wszyscy, w tym Malwina Okrzesik (z domu Jurewicz, z grupy „Yeti”). ‒ W „Wędrowcu” dużo śpiewaliśmy, więc i on przygrywał na gitarze już jako kilkunastolatek i śpiewał piosenki wysokim sopranem, często tak wysokim, że nie mogliśmy wyśpiewać jego tonów: „Matys”, niżej!!!”, wołaliśmy…  Ale po mutacji sopran, jak to zwykle bywa, przeszedł w dobry bas. I zasilił chór parafialny prowadzony przez jego ojca. Słyszałam go dobrze, bo basy stoją za altami. 

Część moich rozmówców mówi, że ma „niecenzuralne” albo „mało pedagogiczne w wydźwięku” wspomnienia z tamtego czasu, nie do publikacji. „Mysza”  dementuje: ‒ Nie przesadzajmy. Na Rakowcu w tamtych czasach mogliśmy co najwyżej przeskoczyć przez płot ogródków działkowych i zerwać, no dobra, ukraść parę jabłek. Albo na bal maturalny przemycić butelkę wódki. W dobie gimnazjalnych „słoneczek” na imprezach i dopalaczy w zakamuflowanych sklepikach to żadne „rewelacje”. Byliśmy naprawdę spokojni.

„Wuj to wuj”

Mateusz Kijowski społecznikU Wujostwa Kijowskich uczyli się nie tylko o wartościach. „Gęś” wspomina: ‒ Większość z nas po raz pierwszy w życiu miała okazję dotknąć klawiatury komputera właśnie u nich. Wuj Jurek ‒ profesor fizyki ‒ posiadał komputer, z którego mogliśmy korzystać. Wspólnie z Matysem i jego młodszą siostrą przygotowywaliśmy całymi tygodniami kolejne wydania śpiewnika. Wybieraliśmy wspólnie piosenki, a później to właśnie on uczył nas używania klawiatury i podstawowych funkcji komputera. Wtedy sejwowanie i podstawowa edycja tekstu była nie lada umiejętnością, a „Matys” był w tym mistrzem i wszystkiego nas cierpliwie uczył.

Dom Państwa Kijowskich był takim magicznym miejscem, gdzie każdy wędrowiec mógł zawsze liczyć na szklankę przepysznego earl greya (Ciocia miała zawsze specjalną parzoną w czajniczku mieszankę) i kanapkę z pysznym świeżym chlebem z piekarni na rogu. Przy tej herbacie niektórzy spędzali całe wieczory, przygotowując oprawę muzyczną niedzielnych mszy świętych dla młodzieży.

Jak podkreślają moi rozmówcy, ogromnym dorobkiem grupy z Rakowca, a więc także owocem pracy Cioć i Wujków są bardzo trwałe małżeństwa, które nawiązały się między dziewczynami i chłopakami z „Wędrowca”. Najczęściej rodziny te mają więcej niż trójkę dzieci (rekordzista nawet „ósemkę”).  Ludzie wychowani przez Kijowskich to osoby zaangażowane, często wybierające zawody mające charakter służby, działacze społeczni. 

Ewa Kochman, „Cornelek”, mówiąc o „Matysie” i jego ojcu, opisuje także swoje podejście do życia: – On, jak mu czegoś brakowało, to nie marudził, tylko brał się do pracy. To zresztą jest Wuja Jurka szkoła, która i mnie nauczyła też tego, że świat przynajmniej wokół siebie trzeba tworzyć samemu i nie oglądać się na innych.

Katarzyna Wyszomierska

Śródtytuły pochodzą z „Trylogii” Henryka Sienkiewicza

Za zdjęcia dziękuję ks. Grzegorzowi Michalczykowi i Marcinowi Kiełbiewskiemu.

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij