Marsz „Nie” podległości

Miałem sen. A może koszmarek?

Artur Stachurski

Noc przed marszem 11 Listopada miałem raczej spokojną. No… może poza jednym snem. Śniło mi się, że przychodzimy na miejsce zbiórki koło małego stadionu miejskiego, z otwartymi trybunami. Na stadionie mecz: Legia Warszawa kontra bliżej niedośniony zespół. Na trybunach szalikowcy i ogólnie towarzystwo raczej KOD nieprzychylne. Co robić? Marsz już za chwilę, a oni mają tu imprezę do 18.00. Będzie awantura?

Budzik. Obeszło się na szczęście bez zadymy.

Korowód listopadowy

11 Listopada za nami. Pierwszy 11 Listopada KOD. Frekwencja – zależy, kto liczył. Na moje oko ze 30 – 40 tys. ludzi. Ostatecznie po roku demonstrowania można mieć jakieś pojęcie. Zbiórka grupy Bemowo i Wola przy ul. Wawelskiej. Szykujemy się. Przypinamy znaczki, hasła, kotyliony, rozwieszamy flagi i transparenty. Jeden jest szczególny i chyba najlepiej oddaje to, czym powinien być KOD: „Kimkolwiek jesteś, życzę Ci dobrze”. Mamy też wlepki z hasłem. Konfrontacja z rzeczywistością jest jednak dość szybka. Na czerwonym świetle zatrzymują się obok nas trzy busy z narodowcami, dowożonymi wynajętymi samochodami do Warszawy na Marsz Niepodległości. Z wnętrza lecą epitety i tłumaczący wszystko gest środkowego palca, ale nie psuje nam to humorów. Uśmiechamy się z politowaniem. Ostatecznie suweren też zasługuje na szacunek.

Marsz „Nie” podległości
Fot. Paweł Kazimierczuk

Ostatnie przygotowania i udajemy się na pl. Narutowicza, skąd ruszy nasz kolorowy korowód. Chcemy przeżyć ten dzień na wesoło, tak jak musieli go przeżywać nasi rodacy 98 lat temu, gdy niepodległość po latach zaborów stała się faktem. Jak zwykle oficjalny wstęp, trochę przemówień, których już nie słyszymy. Hufce grup lokalnych z całej Polski ze swoimi „sztandarami” rozwijają szyki na Grójeckiej, dlatego stajemy kilkadziesiąt metrów od sceny. Te kilkadziesiąt minut bezruchu jakoś nam nie przeszkadza. Z niektórymi dawno się nie widzieliśmy, więc jest okazja porozmawiać, niekoniecznie o obronie demokracji, choć te tematy przeważają. W końcu ruszamy. W oknach widać ludzi, którzy patrzą z zaciekawieniem, robią zdjęcia, niektórzy do nas machają. Tłum odmachuje w przyjaznym geście. Taki lokator może się poczuć jak I sekretarz na trybunie honorowej. Skojarzenie nieprzypadkowe, choć zawartość procentowa sekretarzy chyba jednak jest znacznie wyższa w PiS niż KOD. To brzmi trochę jak opowieści o złych Niemcach z RFN i tych dobrych z NRD. A co tam. Niech piszą Karnowskie, Ziemkiewicze i inne tuzy prawicowej nieomylnej jednomyślności o żalu członków KOD za dawnymi czasami. Przekrój społeczny jak na wszystkich imprezach KOD-u: starsi, młodzi, w średnim wieku. Rodziny z dziećmi, małżeństwa, grupy przyjaciół. Brakuje tylko samotnych, ale to akurat norma. Najważniejsze, że wszyscy uśmiechnięci i mili dla siebie. Budujemy wspólnotę przez różnorodność, a nie wykluczenie. Skręcamy w ul. Banacha. Na pierwszym piętrze kamienicy starszy pan w piżamie staje w oknie, prezentując medale oprawione w ramkę. Macha do nas. Widać wzruszenie na jego twarzy. Tłum staje i śpiewa mu „Sto lat”. Idziemy dalej. Na wysokości szpitala przez jakiś czas krąży nad nami śmigłowiec policyjny i dron. Minister Błaszczak znowu poda frekwencję, która brzmi jak komunikat Radia Erewań.

Marsz „Nie” podległości
Fot. Beata Chojnacka

Koncert życzeń

Wkraczamy na Pole Mokotowskie. Tutaj szyki zdecydowanie się rozluźniają. Do sceny, na której wystąpią Big Cyc i Oddział Zamknięty, dojdzie nas już tylko symboliczna liczba, na pewno mocno poniżej pięciu tysięcy. Ale to zrozumiałe. Część musi jeszcze wrócić do domów gdzieś w Polsce, inni może nie przepadają za tego typu muzyką, a jeszcze inni najwyraźniej są zmęczeni i zziębnięci. Ludzie robią sobie pamiątkowe zdjęcia z co ciekawszymi transparentami. Część natychmiast staje w długich kolejkach po herbatę, kiełbaski, frytki. Demokracja demokracją, a jeść trzeba, niezależnie od okoliczności. Zresztą to i lepiej, bo dłużej będzie nas widać. Big Cyc rozkłada instrumenty, a w tym czasie ze sceny wygłaszają przemówienia członkowie Zarządu Głównego KOD i przedstawiciele partii opozycyjnych. Autor tego artykułu czuje się zawiedziony, że nie przemawiał Mateusz Kijowski. Dziwne i trochę niezrozumiałe. Ale widocznie taki był scenariusz.

Marsz „Nie” podległości
Fot. Paweł Kazimierczuk

No dobra, zaczynamy zabawę. Big Cyc wkracza na scenę z niezawodnym Skibą na czele. Na początek piosenka „Berlin Zachodni”. Biorąc pod uwagę rozmach partii rządzącej, oby nie była ona profetyczna, ale wprawia mnie w cudowny nastrój. Przypomniałem sobie wycieczkę w 7 klasie szkoły podstawowej, kiedy słuchaliśmy namiętnie tej płyty. Piękne czasy. Jak wrócimy do tamtego ustroju, to może znów poczuję się nastolatkiem, choć wolałbym raczej nie próbować. Może mi zabraknąć tego młodzieńczego optymizmu co kiedyś. Udział w eksperymencie społecznym pod nazwą KOD daje mi wystarczająco dużo satysfakcji, aby nie chcieć szukać mocniejszych wrażeń. Dalej lecą piosenki z najnowszej płyty grupy: „Antoni wzywa do broni”, „Czarne słońce narodu”. Skiba zachęca do kupowania. Obwieszcza, że złotówka z każdego krążka zostanie przeznaczona na walkę z PiS. Cały czas pada drobny śnieg i ściemnia się. Ludzie powoli się rozchodzą. Pod sceną pozostaje już tylko kilkaset osób. Ma wystąpić Oddział Zamknięty, ale zmiana na scenie trwa zdecydowanie za długo, przeszło pół godziny. Niestety muszę uciekać, bo przybył transport po mnie. Po drodze w „Toli” zamawiamy jeszcze dwa razy po pięćdziesiątce czegoś na rozgrzewkę. Od razu milej na ciele i duszy.

Jedzenie łagodzi obyczaje

Finał 11 Listopada zastaje mnie w KFC w Radziejowicach koło Mszczonowa. Wokół sporo narodowców. Łatwo ich poznać po haftach na polarach. Stoję w kolejce do kasy. Obok mnie jeden z nich. Do kurtki mam przypięte znaczki KOD i kotylion. Lustruje je uważnie, co nietrudno zauważyć, bo aż wychyla się z kolejki obok. Zamawiam kurczaka z frytkami i wychodzę. Przed wejściem stoi grupka czterech „prawdziwych” patriotów. Na mój widok ustępują mi przejścia. Też zauważyli moje znaki organizacyjne, było widać po minach, ale nie reagują. Ani słowem, ani czynem. Jestem zdziwiony. Albo nie spodziewali się KOD-era aż tutaj, albo im spadła czujność rewolucyjna. A może po prostu trafiłem na kilku mądrzejszych, którzy nie szukają zadymy?

Przyjemny dzień dobiega końca. W głowie pozostają wspomnienia przeżytych chwil. Było warto, bo warto być przyzwoitym. Na dobranoc jeszcze lektura internetowych portali: wSieci, niezależna.pl i wPolityce o rychłym końcu KOD. Ostatecznie jak KOD się skończy, to o czym będą pisać? Przecież nie o PiS i jego polityce, bo musieliby z marszu przejść do opozycji.

Artur Stachurski

koordynator KOD Bemowo i Wola

 

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij