Ku pamięci

Mija rok, odkąd Andrzej Duda, polityk trzeciego rzędu, o którym mało kto słyszał, został prezydentem naszego pięknego kraju. Niespodziewanie dla siebie i dla swojego mocodawcy. Zdziwienie było ogólne, ale cóż, nie takie cuda się dzieją w dzisiejszych czasach.

Prezydentura Andrzeja Dudy zaczęła się obiecująco – od stwierdzenia, że będzie prezydentem wszystkich Polaków, i od przysięgi przed obywatelami i Bogiem, że zgodnie z literą Konstytucji RP będzie czuwał nad jej przestrzeganiem, stał na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa, nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium i wykonywał swoje zadania w zakresie i na zasadach określonych w konstytucji i ustawach. Wydawało się to oczywiste, bo czyż prawnik i katolik może postąpić inaczej. Pierwsze miesiące pokazały, że owszem, może. Do czasu wyborów i wygranej PiS było jeszcze nieźle. Może blado, ale bez wstrząsów, nie licząc zawetowanych trzech ustaw:o zmianie ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym, ustawę o ratyfikacji poprawki dauhańskiej do protokołu z Kioto i ustawę o zmianie ustawy o lasach. W październiku ubiegłego roku prezydent skierował, uwaga, do Trybunału Konstytucyjnego, który jeszcze uznawał, trzy wnioski. W sprawie ustawy o zmianie ustawy o kuratorach sądowych, o zbadanie ustawy Prawo o ustroju sądów wojskowych oraz ustawę o uzgodnieniu płci – do ponownego rozpatrzenia.

Po wyborach Andrzej Duda zamienił się w bezrefleksyjnego, wystraszonego, koniunkturalnego podpisywacza wszelkich, podrzuconych nocą przez Sejm ustaw. W tym wielu niezgodnych z konstytucją, której przysięgał strzec. W ciągu roku podpisał ich 235. I już żadnej nie zawetował, nie odesłał do Trybunału Konstytucyjnego, bo jakże tu brać pod uwagę opinię „grupy kolesiów” i to nie swoich. I kto by mu na to pozwolił!

A oprócz podpisów prezydent przepraszał i wybaczał (i dostał za to po łapkach), dzielił suwerena na lepszy i gorszy sort, odznaczał (choć nie każdy odznaczenie przyjął), uczestniczył w wielu mszach (jak to chrześcijanin), przemawiał (czasami siebie nie słysząc). Ostatnio do powstańców, którym groził paluszkiem za niesubordynację. Ta przemowa wzbudziła ogólny aplauz zebranych niepowstańców, którzy licznie rzucili się zbierać autografy prezydenta na byle czym, mógł to być i bilet tramwajowy.

A Grześkowiak śpiewał: „Cysorz to ma fajne życie”.

AL

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij