Król Andrzej I

Spotkał 40 głów państwa, pojechał na 50 zagranicznych wypraw m.in. do Meksyku i Afryki, podpisał 450 ustaw, ale 7  innych nie spodobało mu się – „Dekoder” podsumowuje 2 lata prezydentury.

Maciej Pokrzywa

POZYCJA: prezydent RP

HISTORIA: Gdyby historię Kopciuszka przenieść w świat polityki, to jej początek nieźle pasowałby do losów Andrzeja, pierwszego tego imienia króla Pislandii. Ale tylko początek, ponieważ późniejsze perypetie naszego bohatera nie do końca pokrywają się z formułą „i żyli długo i szczęśliwie”. Choć kto wie, co jeszcze go czeka?

Ale po kolei. Zanim został królem, Andrzej był mało widocznym paziem na dworze poprzedniego władcy, Lecha. Zajmował się głównie nieciekawymi ułaskawieniami w kręgach rodziny królewskiej, ewentualnie podsuwaniem wątpliwej obiektywności opinii na rzecz interesów lokalnych bankierów, co się do bankierstwa nie przyznawali (jak wiadomo, lichwa to zło).

Po tragicznej śmierci poprzedniego króla i nieudanej próbie sukcesji przez brata tegoż, Jarosława zwanego Wielkim, Andrzej musiał opuścić dwór i zająć się bardziej przyziemną karierą polityczną. Posłował dość skutecznie do Sejmu, choć nie przeszkadzało mu to bawić się w wyciąganie mniej lub bardziej drobnych kwot na wyjazdy do innych miejsc pracy. I tak może nadal ciułałby grosz do grosza, gdyby nie dość niespodziewana wieść – został mianowany przez Wielkiego Jarosława na kandydata do tronu. A elekcja była blisko!

Król Andrzej I
Fot. P. Tracz/ KPRM (P. Tracz/ Chancellery of the Prime Minister of Poland) Derivative work: TharonXX [Public domain], via Wikimedia Commons
Wszystkich, włącznie z zainteresowanym, zaskoczył wybór Jarosława – dlaczego kandydatem został najmniej znaczny z jego sług, najmniej znany? Nikt sukcesu nie wróżył, ale Jarosław nie od parady zwany jest Wielkim. Wybór okazał się bardzo trafny. Po pierwsze kandydat był młody, znacznie młodszy od dotychczasowych władców Polski. Po drugie był pracowity i bardzo się przejął rolą kandydata. Po trzecie wreszcie, nie zdradzał Andrzej symptomów niezależności politycznej, a to była chyba najważniejsza z jego zalet. Przynajmniej w oczach Jarosława. Stała się jednak przekleństwem dla samego króla, zwłaszcza gdy już odniósł sukces i został wybrany.

DOKONANIA: Tak, to było coś! Droga od zera do bohatera wyszła Andrzejowi wspaniale. Został królem, na jego cześć układano pieśni i poematy. Potem jednak przyszła proza rządzenia, a ta stała się trudnym brzemieniem. Nie najlepiej w oczach poddanych wypadły zwłaszcza nocne wypady do Jarosława po rady, ułaskawienia kumpli (cóż, kontynuował niegdyś rozpoczętą tradycję) i również nocne podpisywanie niekonstytucyjnych ustaw czy mianowania sędziów. Niezłomność, którą się chwalił jako kandydat, zamieniła się w pełną służalczości dyspozycyjność.

Pozostało w zasadzie tylko odgrywanie scenek rodzajowych z piękną, ale wymownie milczącą małżonką

i wizyty zagraniczne, o których relacje trzeba się było dopominać potem w mediach. Narastająca krytyka takiego stylu rządzenia ustąpiła wkrótce satyrze, która jeszcze ostrzej cięła dumę „niezłomnego Andrzeja”. Miarka się przebrała, gdy w podaniach ludowych został przysłowiowym Adrianem, anonimowym petentem, na którego nikt już nie zwraca uwagi.

Czarę goryczy dopełniał sposób, w jaki był traktowany we własnym świecie Pislandii. Jego sztandarowe pomysły zostały ośmieszone przez Jarosława (frankowiczom prezydent niewiele mógł pomóc, gdy zostali przez Wielkiego odesłani do sądów), a Zbyszek zwany Ziobrą postanowił zagarnąć znaczną część królewskich prerogatyw.

Gdy lud błagał go o weto wobec zbyszkowych pomysłów, król – wydawało się – pozostawał głuchy na okrzyki pod swym pałacem i otwierał nie te okna, co trzeba. Potem uciekł do swej letniej rezydencji, ale i tam ciemiężeni przez wizję ziobrostanu poddani zaczęli go nękać.

I wtedy w Andrzeju coś pękło. Wrócił i ogłosił był swą wolę. A były to słowa wielkie niemal – weto, weto… i brak weta. I to jedno jedyne brakujące słowo, które Andrzejowi przez gardło już nie przeszło, pogrzebało nadzieję poddanych na świetlaną przyszłość. Jarosław ruszył do kontrofensywy i już na horyzoncie znów majaczy postać Adriana. Niestety.

SŁYNNE SŁOWA ANDRZEJA: „To jest rola prezydenta? Prezydent – notariusz rządu? Ja takiej prezydenturze mówię „nie”” – mało kto tak bardzo i tak szybko rozminął się z własnymi słowami. Ale czego nie robi się dla zdobycia władzy? Tylko czy Andrzej władzę rzeczywiście posiada? Raz sobie o niej przypomniał, pytanie jednak, czy już tego nie żałuje.

SŁYNNE SŁOWA O ANDRZEJU: „Nigdy nie zrozumiem dlaczego Andrzej Duda nie spróbował być prezydentem. Strach? Brak charakteru? Wyobraźni? Wstydu?” – te słowa Tomasz Lis wypowiedział na długo przed pierwszym prezydenckim wetem. Czy dziś są choć trochę mniej prawdziwe?

Maciej Pokrzywa

Tekst autora ukazał się w „Dekoderze” (http://dekoder.wroclaw.pl/krol-andrzej-i/). Polecamy serdecznie lekturę kolejnego  numeru (w nim m.in. odpowiedź na pytanie czy nasza „Pierwsza Dama” myśli sama?, o ogólnopolskiej akcji „Łańcuch Światła” i jej wrocławskim wydaniu, a także alfabet PiS). Przeczytaj, wydrukuj i rozdaj znajomym!

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij