Hodowla baranów

Będą dawać na dzieci! Historię już znacie. Najpierw mówili: „Na wszystkie”. Potem „Na drugie”. Potem „Na drugie, ale tylko wtedy, jeżeli to pierwsze nie ma jeszcze 18 lat”. Jeśli więc pierwsze i drugie mają np. 18 i 19, to na trzecie już nie będzie.

Paweł Olbrych

Potem tekst (cytuję z pamięci): „Bogaci powinni się wstydzić, jeśli wyciągną rękę po te „pincet””. Potem, że tylko dla najbardziej potrzebujących. I tu pojawia się pytanie: potrzebujących czego? Pewnie są potrzebujący na dziecko 200 tys., aby je wychować i wykształcić na lekarza albo architekta. Albo tacy, którzy „potrzebują” posłać dziecko na Harvard. Ale by się uśmiał nasz narodowo-katolicki rząd, który pragnie dla nas dobrze, gdyby mu zasugerować, że bogaci mogą mieć większe potrzeby na dzieci niż biedni. Moim zdaniem akurat dla nas wszystkich byłoby lepiej gdyby pomagać tym pierwszym.

Zdaniem pomysłodawców projektu +500 potrzebujemy dzieci. Przypominam, że dziecko to takie małe, różowe… I jak dać po „pincet”, to się ich urodzi więcej! I Ojczyzna na tym skorzysta! Otóż błąd. Ojczyzna potrzebuję więcej dorosłych do pracy, do obrony, do płacenia podatków… Dziecko to dopiero początek drogi. Przedsiębiorca prowadzący firmę transportową wie, że koszt zakupu ciężarówki to około 5% jego kosztów związanych z działalnością i od ceny zakupy dużo ważniejsze są inne zagadnienia. Szef firmy zastanawia się, czy to dobra ciężarówka, ile na nią można załadować, ile lat posłuży, ile kosztować będzie jej eksploatacja, ile pali i to wszystko w ujęciu np. lat dziesięciu. Dziecko może kosztować Ojczyznę „pincet”, ale aby tej Ojczyźnie się przydawało, to trzeba dobrze je wykształcić. Za setki tysięcy!

Dobrze, że nie jestem politykiem, bo mogę powiedzieć rzeczy na jakie żaden polityk w życiu by się nie odważył. Mianowicie to, że wszystko jest dokładnie odwrotnie niż się wydaje.

Życie pokazuje, że biedni nie potrzebują na dzieci. I tak mają ich dużo. Może faktycznie trzeba im pomóc. Może faktycznie zarabiają za mało. Może faktycznie to nie fair, że kasjerka w supermarkecie ma zarabiać 1500 złotych. Jeżeli jest takie przekonanie, że należy jej pomóc, to trzeba to zrobić zmieniając strukturę płac, skale podatkowe, dając zapomogi itd. I niech to się dzieje. Ale po co robić ludziom wodę z mózgu i wymyślać do tego karkołomną argumentację, że to niby na dzieci?

Sieroty po IV RP
Fot. Małgorzata Marczuk

Ojczyzna nie  potrzebuje więcej różowych bobasków, które za te „pincet” będą miał lepszą kaszkę i słodsze banany (to w wersji demo). Sądzę, że prędzej ich rodzice zmienią 10-letniego Matiza na 8-letniego Lanosa (to będziemy mieli w realu). I jakby to brutalnie nie brzmiało, Ojczyzna potrzebuje więcej dorosłych wykształconych dzieci z tzw. dobrych domów i te kosztują setki tysięcy złotych. Ale potem i korzyść z nich idzie w miliony. Politykowi przez usta nie przejdzie, a już na pewno nie populiście, że Ojczyźnie bardziej potrzebni są lekarze i architekci, bo tych musimy sobie wyhodować sami, niż kasjerki i ochroniarze, bo tych można sobie sprowadzić w dowolnej ilości ze świata. Gdyby naprawdę chodziło o dzieci, to ktoś to powinien głośno powiedzieć, że celem jest „pięciodzietna” rodzina przemysłowca a nie pięcioro dzieci sklepowych. Bo ten obrzydliwy bogaty daje rękojmię ich wychowania, opłacenia studiów, kontynuacji rodzinnego biznesu dającego pracę sklepowym. Ojczyzna potrzebuje więcej dzieci od rodziców, którzy przekazują tradycję zawodu. Pan chirurg z panią pediatrą powinni mieć warunki do wychowania pięciorga dzieci, które poślą na medycynę, ale ich nie dostaną bo … wszyscy mamy takie same brzuchy.

Polityka demograficzna nie polega na tym, aby dawać wszystkim, tylko na tym, aby stymulować jakość przyszłych pokoleń. Mieliśmy już kilka razy okresy, kiedy stolica była w Berlinie i pan kanclerz planował, że należy nas hodować tylko na robotników rolnych. Potem stolica była w Moskwie i towarzysz Gensek domagał się, aby siłą przewodnią był sojusz robotniczo-chłopski.

Teraz będziemy  już sami, narodowi i niepodlegli się hodować. Taka piątka dzieci mecenasa, lekarza, architekta czy przemysłowca mogłaby (nie daj Boże jak dorosną) zagłosować nie po myśli. A solidne narodowo katolickie wychowanie szkoła-kościół-strzelnica (z zaznaczeniem, że szkoła podstawowa i starczy) to jest dopiero przyszłość Narodu.

Aha… napisałem, że żadne polityk nie odważyłby się tak tego ująć? Błąd. Premier Singapuru w ten sposób rekomendował politykę demograficzną rządu. Bo Singapur potrzebuje ludzi wykształconych. My – jakichkolwiek.

 

Paweł Olbrych, autor bloga http://dziwiesie.blogspot.com/

W artykule przedstawiono oryginalne własne poglądy Autora, które nie zawsze podzielane są przez redakcję, ale które zawsze skłaniają do dyskusji.

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij