Halo, pogotowie?

Do konsultacji społecznych – a jakie one są, każdy wie – skierowana została nowelizacja ustawy o państwowym ratownictwie medycznym. A raczej o jego upaństwowieniu.

Po co? Ano, jak zresztą zapowiadała w exposé premier Beata Szydło i zadeklarował wiceminister zdrowia Tombarkiewicz, żeby nie służyło zarabianiu pieniędzy, tylko przede wszystkim ratowaniu życia ludzkiego i podniesieniu poziomu bezpieczeństwa wszystkich obywateli. Finansowane ze środków publicznych będą tylko samodzielne publiczne zakłady opieki zdrowotnej i spółki kapitałowe z co najmniej większościowym udziałem Skarbu Państwa. To wykluczy z rynku prywatne firmy zajmujące się ratownictwem medycznym, takie jak Falck, który w swojej flocie ma 200 nowoczesnych ambulansów, w tym 90 w systemie ratownictwa medycznego. A co najważniejsze, zawsze można się do nich dodzwonić i przyjeżdżają na czas. Teraz za szybkie i fachowe ratowanie trzeba będzie zapłacić.

Jak twierdzą specjaliści z Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej prywatne karetki, które przed laty wsparły państwowe ratownictwo medyczne, wprowadziły na rynek potrzebną konkurencję. Wymusiła ona wprowadzenie nowej jakości usług do ratownictwa państwowego. Także pogotowia prywatne otwierały pierwsze w kraju zespolone centra dyspozytorskie i wprowadzały nowe procedury postępowania dla dyspozytorów medycznych Teraz będziemy skazani na przeciążonych pracą i często niedouczonych dyspozytorów pogotowia państwowego. Prywatne  firmy inwestowały w wyszkolenie personelu i zależało im na jak największej liczbie zespołów specjalistycznych, mających na pokładzie lekarza ze specjalizacją z medycyny ratunkowej. Dzisiaj mogą karetki postawić w szeregu na parkingu pod swoją siedzibą.

Ale to jeszcze nic. W tej chwili na 1490 zespołów ratownictwa medycznego, 580 to zespoły specjalistyczne („S”) z lekarzem, najczęściej ze specjalizacją z ratownictwa medycznego. Reszta to ambulansy oznaczane literą „P”, których załoga składa się z kierowcy i ratowników medycznych. I to się skończy, bowiem nowelizacja ustawy o państwowym ratownictwie medycznym zakłada rezygnację z zespołów specjalistycznych na rzecz podstawowych. Lekarze, jako bardziej potrzebni w SOR, mieliby jeździć do zdarzeń tylko w wyjątkowych przypadkach. A co, jeśli ratownik – przecież nie lekarz – nie poradzi sobie z pacjentem? Może porozumieć się drogą elektroniczną z lekarzem SOR. Już to widzę, jak taki lekarz, który nie wie, gdzie  ma ręce wsadzić, bo kolejka pod drzwiami parogodzinna, konsultuje przypadekna odległość. No, ratownik może jeszcze przewieźć pacjenta do szpitala, może uda mu się przeżyć.

Jest jeszcze jedna trudność wiążąca się z rezygnacją z obecności lekarza w zespole ratowniczym. Ratownik nie ma prawa wystawić aktu zgonu, może to zrobić tylko lekarz. Z  problemem łatwiej sobie poradzić, jeśli śmierć dopadła człowieka w domu, ale można sobie wyobrazić sytuację, że w wypadku na ulicy czy drodze ktoś ginie. Ambulans przyjeżdża, ratownik stwierdza zgon i odjeżdża, a zwłoki pozostają. Zgodnie z projektem ustawy, mogą tak pozostawać do 12 godzin, bo tyle czasu ma lekarz, by podpisać akt zgonu. Absurd? Ależ skąd, to dobra zmiana.

AL

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij