Do przyjaciół murarzy

Tym tekstem rozpoczynam dyskusję powyborczą. Nie chcemy otwierać „puszki Pandory”, ale sprawdzić jakie były oceny tych wyborów: te merytoryczne, także te mniej merytoryczne.

To jeden nurt; kolejny to dyskusja programowa, bo nocne obrady „w którym kierunku iść?” chyba nie wyczerpały (delikatnie mówiąc) tego tematu. Kolejny temat to deklaracje zwycięzców i pytania przegranych – co warto z ich programów realizować? Niech na przechwałkach, peanach, gratulacjach nie kończy się, a fredrowskie zawołanie „Zgoda! Zgoda!” cięgle brzmi nam w uszach. Czekamy na Wasze wypowiedzi (mail – [email protected]), które pomogą nam przygotować się do „walnego krajowego”. Redakcja.

Michał Osiecimski

Trudno, znów muszę to powiedzieć, chociaż tym razem jest mi jeszcze trudniej, bo zapewne zasłużę sobie na miano przegranego frustrata. No cóż, nie zostałem delegatem na zjazd krajowy, jednak moja frustracja z tego powodu, jeżeli w ogóle coś takiego odczuwam, została skutecznie złagodzona przez to, że przeszli i to z dobrymi wynikami kandydaci, przy których nazwiskach postawiłem z całym przekonaniem swój krzyżyk. Gratuluję im i mam nadzieję, że to właśnie oni nie dopuszczą do tego, czego tak naprawdę teraz najbardziej się obawiam.

Nie ukrywałem, że nie będę głosował na Mateusza Kijowskiego i nie głosowałem. Niestety, nie potrafiłem też zdobyć się na wielkoduszność i pogratulować zwycięzcy, choć miałem ku temu okazję. Przed wykonaniem tego niezbędnego dla podtrzymania ducha demokracji i dobrych obyczajów gestu, powstrzymał mnie wczoraj euforyczny tryumfalizm, jaki po ogłoszeniu wyników zapanował na sali, a ściślej mówiąc, w sporej jej części. Ten wybuch euforii wywołał wrażenie specyficznego swądu unoszącego się nad wczorajszymi wyborami. Wiem, ze znakomicie oddającego odczucia części obserwatorów wpisu Grażyny Olewniczak, ale i innych komentatorów, że nie byłem odosobniony w niepokoju o dalszy bieg naszych KOD-owych spraw.

Z czego ten niepokój się bierze? Ano głównie z tego tryumfalizmu właśnie.

Moi drodzy „murarze”, wygrywać też trzeba umieć. Prywatnie bardzo lubię Mateusza, a także wielu z was, ludzi z różnych „akcji animacji’, „kapel”, „moto-KOD-ów”, „straży” i „kwest”. Wielką radość przyniosła mi konstatacja z pierwszych chwil naszego zebrania, że przecież widzę tak wiele sympatycznych twarzy ludzi, których jeśli nie wszystkich znam osobiście, to na pewno już gdzieś widziałem albo chciałbym poznać. Może zbyt wiele oczekiwałem, licząc na to, że ta nieuchwytna atmosfera przyjaźni, jaką znam od pierwszych pikiet i manifestacji, będzie się utrzymywała podczas całych wyborów i bez względu na ich wynik?

Prawda urn 

Zawiodłem się jednak, a mój zawód pogłębiał się w miarę trwania wyborczego dnia. Nie mam żadnych pretensji do nikogo za przedłużające się do granic wytrzymałości liczenie głosów. Wręcz przeciwnie – prowadzący wybory pan Sztompke oraz sekretarze i cała komisja skrutacyjna zdobyli na zawsze mój szacunek i podziw – dzięki ich upartemu trwaniu przy regułach, nikt nie może, wzorem pewnego zbawcy narodu powiedzieć „sfałszowaliście te wybory”. Chapeau bas! Panie i Panowie! Ale może, paradoksalnie, tym większy zawód?

To nie sam wynik wyborów budzi we mnie niepokój, lecz zaznaczający się podział na MY/WY. O ile z przyjemnością oglądałem radosne pląsy oczekujących na ogłoszenie wyników części uczestników obrad, a nawet żałowałem, że kula, którą muszę się jeszcze czas jakiś podpierać, przeszkadza mi wziąć w tych pląsach udział, o tyle już frenetyczna reakcja skupionej po prawej stronie sali, wyraźnie odróżniającej się „spółdzielni”, na sukcesywnie ogłaszane dobre wyniki „ich” kandydatów tego niepokoju nie wygaszała. A tryumfalnie wykrzykiwane „KOD to my!”, odebrałem jako podkreślenie odrębności i różnicy.„KOD, to my murarze, a nie wy, grabarze” – tak to zostało, nie tylko przeze mnie, zrozumiane.

I to jest sedno moich niepokojów o dalszy kształt naszej organizacji. Prezentującemu, na co dzień koncyliacyjność, jako swoją immanentną cechę, zwycięskiemu Mateuszowi Kijowskiemu, wystarczyło ekumenizmu na ledwie jedno zdawkowe zdanie pod adresem kontrkandydata na stanowisko przewodniczącego regionu, Pawła Bilskiego. A zaprezentował się on w kampanii wyborczej z jak najlepszej strony. Przekonał wielu, że lepiej spełniałby funkcję szefa regionu niż jego barwny i sławny konkurent. Będące solą w oku, dla niejednego z wyborców, jego formalnie niskie wykształcenie, znakomicie przecież uzupełnione naukami pobieranymi bezpośrednio od życia, w jednej z rozmów kuluarowych, pewien autentyczny profesor doktor habilitowany, postać bardzo licząca się w swojej dziedzinie skwitował, jako nieistotny szczegół. I z całym przekonaniem na Bilskiego zagłosował. Wynika z tego, że to nie cenzus ani tym bardziej barwność i popularność kandydata, lecz jego rozsądek i cechy potrzebne do wytrwałej, codziennej pracy powinny być dla wyborców najważniejszym atutem. Powyborcze – bezbarwne, nieporywające przemówienie tryumfatora raczej słuchaczy nie powaliło.

Okopy, mury, zasieki?

Optymizmem nie napawała również próba natychmiastowego ufortyfikowania odbitego terenu przez świeżo upieczonego zwycięzcę, czyli narzucenia swoich kandydatów do władz regionu, skutecznie udaremniona głośno wyrażoną przez zebranych dezaprobatą. Takie aprioryczne organizowanie sobie zaplecza jest bardziej godne autorytarnego pislandu niż mającej bronić przed nim demokratycznej organizacji.

Ale wynik jest, jaki jest i, jak to się mówi, należy przyjąć wyrok demokratycznych wyborów, pogratulować zwycięzcom i życzyć im powodzenia w pracy dla wspólnego dobra.

Tylko, że to samo dobro wymaga, żeby powstałych niepokojów nie zamiatać pod dywan, bo prędzej czy później wylezą spod niego i przyniosą szkody nie do naprawienia. Dlatego muszę powiedzieć, że to tak euforycznie przyjęte zwycięstwo Mateusza i jego akolitów, może okazać się zwycięstwem pyrrusowym, jeśli uwierzą oni, jak nie przymierzając znani skądinąd pomazańcy suwerena, że teraz są najważniejsi na świecie i mogą robić, co im się będzie żywnie podobało.

Teraz do Ciebie Mateuszu, którego nie stać było na serdeczniejszy gest w kierunku przegranego; i do was spółdzielnio murarska, pewna, że KOD, to tylko wy, należy przekonanie nas, pozostałych koderów, że i na nas wam zależy. Bo jeśli tego nie zrobicie, to prędko się przekonacie, że nie będziecie mieli przed kim okazywać swojego szału radości, a to, wierzcie mi, mocno wam ten miły amok zuboży.

I nie wy, ani my na tym najbardziej ucierpimy, lecz sprawa, która nas połączyła czternaście miesięcy temu.

Nie zapominajmy, że to wcale nie udowodnienie, kto ma rację w konflikcie, jaki ku radości naszych przeciwników wybuchł w KOD-zie i trwa od paru tygodni i wcale nie głośność naszych manifestacji, ani piękno naszych śpiewów, ani skumulowany warkot motocykli, ani charyzmatyczność i barwność naszego lidera nie jest tym, dla czego się skrzyknęliśmy!

To na was ciąży teraz obowiązek udowodnienia, że KOD łączy, a nie dzieli. Pozwólcie nam na powrót uwierzyć, że KOD to my wszyscy, którym zależy na obronie demokracji i wolności Polaków.

Michał Osiecimski

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Tekst polemiczny: 

 

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij