Czepałgasze w Lininie

Na peryferiach powiatu piaseczyńskiego, tam gdzie diabeł mówi dobranoc, w dawnym obiekcie wojskowym ulokowano ośrodek dla uchodźców.

Manula Kalicka

Zamieszkuje go kilkadziesiąt rodzin,  w każdej są dzieci, a w niektórych nawet sześcioro czy siedmioro.  Ludziom bez dzieci łatwiej jest zamieszkać na mieście, znaleźć pracę i budować nowe życie. Dzieciaci utknęli w  ośrodku na dobre. Od noworodków po nastolatki, jest tych młodych aż sto trzydzieści trzy „sztuki”. Piaseczyński KOD postanowił przygotować dla nich prezenty z okazji świąt Bożego Narodzenia.

Uchodźcy zamieszkujący w Lininie pochodzą głównie z Czeczenii i wyznają islam.  Trafili nieźle, budynki są w dobrym stanie. Żadnych wielkich luksusów nie ma, łóżka piętrowe, jedna kuchnia na każdym piętrze, wspólne łazienki, ale czysto i porządnie. Teren wokoło piękny, można pograć w piłkę, pobawić się w leśnym parku otaczającym budynki, przejść do wioski dobrze nastawionej do uchodźców. Wiemy, bo gadaliśmy.

Personel ośrodka otwarty, pomocny, zna problemy i stoi po stronie  swoich podopiecznych. Pan Paweł, pani Aneta czy Małgosia starają się jak mogą.

Ci którzy tu trafili, źle nie trafili.

Od razu, gdy się wchodzi na teren ośrodka, ma się odczucie, że to dobre i przyjazne miejsce.

Czepałgasze w Lininie

Niemniej tymczasowe. Ludzie żyją w zawieszeniu, z nadzieją na uzyskanie statusu uchodźcy, ale ta nadzieja nie zawsze się spełnia. Większość dostaje odmowy, występuje o kolejne pozwolenia, walczy, czeka i tak życie się toczy i ucieka. Gdzieś na poboczu drogi. Dzieci chodzą do szkoły na pół gwizdka, bo to nie wiadomo, czy będą w Polsce, czy gdzie indziej. Część rodzin usiłuje dołączyć do krewnych na Zachodzie, niektórzy wracają do Czeczenii, choć tam wciąż rządzi krwawy dyktator nadany z ramienia Rosji Ramzan Kadyrow, podejrzewany o zabójstwo Borysa Niemcowa, uwikłany w zabójstwo obrończyni praw człowieka Galiny Politkowskiej. Jest, jak się zdaje, pałkarzem Putina, drogo opłacanym. W kraju panuje terror, za dostarczonego terrorystę, czytaj: przeciwnika Moskwy, władze płacą kilka tysięcy dolarów, więc bojówkarze  z przyjemnością im tych terrorystów dostarczają, zabijając niewinnych ludzi, zabierając nawet trupy ze szpitali. Rodziny dawnych wrogów Kadyrowa, bojowników kilkuletniej wojny o niepodległość, są poddawane śledztwom i torturom.

 W Brześciu, na granicy, cały czas koczuje kilkuset uchodźców z Czeczenii czekających na azyl i przeważnie go niedostających. 

Ale od czasu do czasu ktoś nowy przybywa do Linina – bez ubrań i pieniędzy, z chorymi dziećmi i w stresie pourazowym. To miejsce pozwala złapać oddech, niemniej jest tylko przechowalnią. Jest pilna potrzeba rozwiązań systemowych, tworzenia warunków wejścia w życie społeczne ludzi pozbawionych swojego środowiska naturalnego, wyrzuconych poza obręb normalnego życia.

Choćbyśmy chcieli, całego świata nie zbawimy, więc przed świętami zdecydowaliśmy się na plan minimum: postanowiliśmy sprawić dzieciakom radość, a rodzicom przyjemność. Chcieliśmy, by poczuli, że są wśród ludzi życzliwych, nie tylko tu, w ośrodku, ale i w Polsce.

Jako grupa Edukacja piaseczyńskiego KOD-u zorganizowaliśmy garażówkę, na której udało się zebrać dość znaczną sumę pieniędzy. W całości przeznaczyliśmy ją na zakup ubrań, artykułów szkolnych, środków higieny i oczywiście zabawek, a także, rzecz jasna, słodyczy dla małych mieszkańców Linina.

Czepałgasze w Lininie

Wśród osadzonych (więzienny slang, ale cóż, pasuje) przeprowadzono ankietę, czego dzieci potrzebują, o czym marzą.

Braków było wiele, począwszy od wózków, kojców aż po pampersy, czapki, szaliki i rękawiczki.

Ale też dzieci, jak to dzieci, marzyły o zabawkach, takich, jakie mają ich polscy rówieśnicy: samochodach, rolkach i lalkach Sofijach (z którymi było nam najtrudniej), transformersach i klockach Lego.

Ogłosiliśmy zbiórkę darów i funduszy – ponad setka dzieci to wyzwanie, któremu niełatwo sprostać. Jednak odzew był zaskakująco duży, rzeka darów zalała nas i w przenośni, i dosłownie.

Kilka wózków, rower, rolki, łyżwy, kojce i łóżeczka. Tak potrzebne pampersy. Dary zbieraliśmy nie tylko my, ale też .Nowoczesna i Razem – idea pomocy, w chwili, gdy los dzieci z Aleppo poruszał serca, trafiła do wszystkich. Osoby prywatne urządzały zbiórki w miejscach pracy, nieznajomi dzwonili do furtki,  przynosząc pękate torby, inni jechali do sklepów i kupowali wszystko to, co może ucieszyć dzieciaki. Auchan, do którego się zwróciliśmy, zareagował bardzo pięknie, dostaliśmy cudowne zabawki, książki, łyżwy, a nawet keyboard. Mająca swoją siedzibę na naszym terenie firma „Eris” przekazała kremy i żele do kąpieli.

Czepałgasze w Lininie

Radość wśród kobiet z tego nieoczekiwanego prezentu! Warto było zobaczyć.

Przywaleni darami,  ale dary to dopiero początek. Trzeba wszystko przejrzeć, posortować i tu Dorota (od tej pory znana jako Totalna Dorotka) i Kasia (Pracowita Kasia)  dzień i noc układały prezenty w kartonach według list stworzonych w Lininie.

Koleżanki pracujące na etatach, przygotowujące święta dla swoich rodzin wpadały na kilka godzin i wspomagały nas tyle, ile mogły.  Pakowanie paczek zajęło ponad tydzień i było prawdziwym wyzwaniem. Zakupy w sklepach trwały po kilka godzin, szukałyśmy rzeczy fajnych i niedrogich, rozmiarów stosownych do wieku dzieci i tak dalej, i tak dalej. Ten tydzień będzie pamiętny dla wszystkich zaangażowanych w akcję osób. Nie chciałyśmy zmarnować tego, co nam ofiarowano z serca, włożyłyśmy więc w tworzenie paczek największą staranność. W każdej było kilka rzeczy do ubrania, słodycze, książki, artykuły papiernicze, czasem środki kosmetyczne, wymarzone zabawki, no i różne misiaczki, małpeczki, maskotki do przytulania.

Udało się, skończyliśmy przygotowania w terminie i 22 grudnia pojechaliśmy dwoma dostawczymi samochodami prowadzonymi przez Jacka i Mirka do Linina. Czekał tam na nas zbity tłum kobiet i dzieci, ojcowie rzucili się do pomocy, samochody zostały sprawnie rozładowane.  Dorota, która wiedziała dokładnie, co i gdzie wkładała, wraz z panią Anetą rozdawały paczki.

Czepałgasze w Lininie

My mogłyśmy pogadać z zastępcą dyrektora, dowiedzieć się, co jeszcze potrzeba, jak możemy pomóc. Oczywiście spraw jest multum – każda rodzina ma swoje własne problemy i trzeba podchodzić indywidualnie do każdej. Będziemy dalej pomagać, na tyle, na ile damy radę. To pewne.

Pytacie, jak było ?

Wzruszająco. Jedliśmy czeczeńskie placki zwane czepałgaszami i gadaliśmy z miejscowymi. Ani z Armenii  przyszła poprosić o samochód dla brata, zabrakło go w paczce, przy okazji dowiedzieliśmy się, jak świetnie się uczy, od burmistrza Góry Kalwarii dostała medal dla najlepszej uczennicy w powiecie. Po polsku mówi prawie bez akcentu, jej rodzice już pracują, teraz przed nimi najtrudniejsze: usamodzielnienie się poza ośrodkiem. Może moglibyśmy jakoś pomóc?  Trudne, ale pamiętamy o Ani, wrócimy do niej  i zobaczymy, co da się zrobić. Byliśmy pod wrażeniem dżentelmenerii Aswada, inaczej się nie da tego ująć, który odstępował proponowany mu wózek, a potem fotelik matkom rodzin wielodzietnych. Nie chciał nic przyjąć, rozważa powrót do domu. Zrobiło się smutno, taki miły człowiek wraca tam, skąd uciekł, przecież nie bez powodu. Ośrodek jest rzeczą dobrą, ale ludzie go zamieszkujący powinni mieć szanse na włączenie się w normalne życie, znalezienie swojego miejsca wśród nas, w naszej społeczności. Powinni też otrzymać należny szacunek.

Czeczeni to bohaterski naród, od wieków walczący z okupacją i dominacją rosyjską i sowiecką.  Są jak górale, mają własną kulturę i honor, ich przyjaźń jest wartością, mamy okazję pomóc im odnaleźć się wśród nas. I tego się będziemy trzymać. My, koderzy, choć przecież walka o wyzwolenie spod dominacji rosyjskiej jest bliska wszystkim Polakom z obu stron sceny politycznej. Religia nie powinna być przeszkodą w naturalnej bliskości, bo historię mamy podobną. Nam się udało odzyskać niepodległość, im – też.

Ale Rosja nie zapomina. Minęło kilka lat spokoju i wróg wrócił. Na czele rządu postawił groteskowego dyktatora, który jest udzielnym władcą i prawdziwym azjatyckim watażką robiącym to, co mu się żywnie podoba w zamian za pełną wasalność wobec Moskwy. Ci, co się buntują, są mordowani i torturowani.  Przybywają po pomoc do nas. Koczują pod naszym progiem. Czasem im się udaje i trafiają do ośrodków dla uchodźców. Jeden z nich jest koło Góry Kalwarii, w naszym powiecie. Byliśmy tam, jedliśmy tam  czepałgasze. Wrócimy.

Manula Kalicka

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij