Arcydzieło

Kolejna ekipa pojechała na Pomorze. Bo serce kazało, bo inni nie mogli, bo dary zebrano, bo trzeba … Oko aparatu zarejestrowało obrazy, pamięć też – ale może niepotrzebnie …

Łukasz uśmiecha się.

– Rytel dostał, inni nie, więc Rytel dzieli się z innymi!

Sołtys ściska dłonie i spontanicznie staje do selfie.

– Panowie reprezentujecie jakąś organizację, firmę?

Wyjmuję identyfikator Video KOD.

– Chcemy pokazać, to czego nie pokazują inne media. Od państwowych po prywatne.

– A nie wytniecie niczego?

Po sekundzie patrzenia w oczy zgadza się na jednozdaniową wypowiedź do kamery. O tym, żeby nie robić polityki na tragedii. To zdanie będzie się wlokło za nami po terenach zniszczonych przez żywioł.

Ludzie i inne cuda 

———————-

Czwartek ok. 16.00. Jesteśmy już z Przemkiem dogadani. Mariusz błogosławi paroma uwagami na drogę.

– Panowie, tylko bez tezy proszę. Samo życie!

Pozostaje kwestia: z czym do ludzi. Na pusto nie pojedziemy. Rzucam na fejs parę słów o wyjeździe. Pierwsza reaguje Marta z kapeli, po niej Ula, Iza, Łukasz z dawnego teatru, Małgosia spod Czerska… Każdy coś dorzuca od siebie. Ci, co mogą, podjeżdżają z zakupionymi przez siebie kaskami, rękawicami roboczymi, olejami do pilarek itp. Ci, co nie mogą, a chcą pomóc, wybierają inne formy wsparcia. O 23.00 zatrzaskuję klapę bagażnika. Do 02.00 przeglądam dostępne w sieci zdjęcia z Borów Tucholskich. Zasypiam na dwie godziny. W tych emocjach – wystarcza.

Gdy obrazek spadł ze ściany 

———————————-

Świecie, Tuchola, Chojnice… Z każdym przejechanym kilometrem świadomość otwiera się na przebieg nocnych wydarzeń z 11 na 12 sierpnia 2017 roku. W Jeziorkach skręcamy na Lotyń. Tu już wyobraźnia nie daje rady przetworzyć danych ze wzroku. Na kilometr przed Suszkiem, gdzie w efekcie nawałnicy zginęły dwie harcerki, droga staje się nieprzejezdna. Napotkany leśnik straszy nas 500 minus. Negocjujemy pokazując legitymacje prasowe i zawartość auta. Odpuszcza, ale się odgraża. My też się odgrażamy (opisaniem wszystkiego). Rozstajemy się udając, że wszyscy żartowali. Próbujemy jeszcze przed Rytlem odbić w prawo, ku tragicznemu obozowi, by tam zapalić kupione w Tucholi znicze, ale tego dojazdu pilnuje Policja – być może z powodu trwających czynności prokuratorskich. 

W recepcji rytelskiego ośrodka kultury, zamienionego w sztab koordynujący pomoc dla poszkodowanych meldujemy się ok. południa. Zaskakuje nas panujący tu spokój. Nie ma nerwowej bieganiny, podniesionych głosów, wyczuwalna jest harmonia między koczującymi na miejscu od prawie tygodnia wolontariuszami, pracownikami miejscowej administracji, mieszkańcami Rytla oraz strażakami i leśnikami. Strażacy z sąsiedniej gminy, odwiedzający akurat sztab, odbierają od nas przywiezione rzeczy i dają wytyczne, co do potrzeb w zakresie sprzętu specjalistycznego. Cmokają z zachwytem na widok uprzęży, lin i systemów zabezpieczających przy pracy na wysokościach. W tej sytuacji to dla nich więcej, niż rarytas.

Zbieramy zamówienia na kolejną dostawę, częstujemy się zupą z kotła i herbatą. Czas jechać. Tutaj już się nie przydamy. Jeden krótki wywiad, kilka zdjęć, uściski z umówioną wcześniej naszą przewodniczką Małgosią i ruszamy w drogę – na zaporę Mylof. Chwilę przed odjazdem pytam starszą kobietę, bezowocnie namawiającą mnie do zjedzenia drożdżówki, czy tuż przed kataklizmem było czuć, że nadchodzi coś tak potwornego.

– Mówią, panie, że jak święty obrazek ze ściany spada, to się trza szykować na koniec świata. A ten, panie, spadł pierwszy raz od wojny!

Drzewa i pstrągi głosu nie mają

————————————–

Pokonywana w ślimaczym tempie droga do zapory, daje się we znaki niezbyt wysoko zawieszonemu Fordowi. Korzenie, gałęzie, drewniane szczapy i ziemne pozostałości po ciężkim sprzęcie, niemiłosiernie obijają podwozie i karoserię „galaksiaka”. W połowie trasy biegnącej wzdłuż zawalonego potrzaskanymi pniami kanału Brdy spotykamy po raz pierwszy (i ostatni) regularne wojsko, a dokładniej czołg – spychacz. Wokół niego kręci się kilku spoconych mundurowych, wyraźnie zmęczonych, mimo to cierpliwie robiących nam miejsce w krzakach na wyminięcie przez nasze auto ogromnego, równającego gliniastą przecinkę lemiesza. Kolejno wpadamy na znudzoną załogę policyjnego radiowozu, przeprawiamy się przez kanał i tuż przed zaporą natykamy się na strażacką blokadę (podobnych spotkamy w ciągu dwóch dni kilkanaście). Uświadamiamy sobie – głównie przez dobiegający z pobliskiego baru zapach – że nie jedliśmy nic od rana. Nim się strażaccy pilarze uporają z wiszącym nad drogą zagrożeniem znajdujemy czas na pstrąga z miejscowej hodowli. Czekając na rybę przeglądamy zdjęcia. Drzewa, drzewa, drzewa… I wspomnienie ciszy, której doświadczyliśmy rejestrując obraz. Nic wtedy nie szumiało. Jakby wiatr nie miał na czym przygrywać. Milczenie domeną martwych… Szczęściem pstrąg nie wywołuje podobnych skojarzeń – jednakże milczy.

…a buda dostała nóg 

————————

Późnym popołudniem, po zbadaniu sytuacji wokół zapory Mylof, wstępujemy do mieszkających w pobliżu znajomych. Dom „szwagra” nie nosi śladów zniszczeń, za to jego leśne otoczenie wygląda, jakby działał tu gigantycznym grzebieniem jakiś szalony fryzjer. Brzozy i świerki „zaczesane” w jednym kierunku przeplatają się z „zakolami” po wyrwanych z korzeniami (cebulkami?) sosnach. Wszystko to w odległości kilkudziesięciu metrów od domostwa. Gospodarze, o sytuacji z ubiegłego piątku opowiadają w czarno-wesołej stylistyce – np., jak wielka psia buda „dostała nóg i zapier…… sama po podwórku”. Co dziwnego, akt zniszczenia dokonywał się ponoć bezgłośnie – dopiero rano okolicznych mieszkańców zaskoczył obraz nocnego dramatu.

Gesty i geściki 

——————

Jeszcze przed wyruszeniem z Warszawy otrzymujemy od Małgosi informację, że na jej apel hotelarz z Czerska obdarował nas noclegiem. Tymczasem ze spisem potrzeb, powstałym w trakcie rozmów z miejscowymi, zajeżdżamy do większych sklepów, by się zaopatrzyć w sprzęt z listy. I tu kolejne niespodzianki: wszędzie rabaty 5, 10 lub 15 procent, choć kwoty zakupów niezbyt na wspomniane obniżki zasługujące. Wystarczy jednak w rozmowie ze sprzedawcami wspomnieć o odbiorcach, by uzyskać niższy rachunek. Co więcej, jedna z ofiarodawczyń, rodem ze stolicy, przekazując nam przed wyjazdem zakupy, opowiadała wzruszona, jak kasjerka w podwarszawskim markecie budowlanym sama zaproponowała użycie jej rabatowej karty pracowniczej, by obniżyć kwotę na paragonie. – Chociaż tyle mogę zrobić dla tych biednych ludzi – rzuca półgłosem.

Nie wszystko złoto 

———————–

Sobotę zaczynamy od kolejnych zakupów, by następnie – prawie jak polska „premiera” – pognać do miejsc bardziej niż np. Rytel potrzebujących wsparcia. Prawie, bo premiera, jak się okazuje z mediów, wybrała „strażacką” wersję konferencji prasowej (w Chojnicach), z dala od ludu cierpiącego miast i wsi, czekającego na konkretną i bezzwłocznie realizowaną pomoc ze strony władz centralnych.

My zaś, po nieco gorszych, niż kolumna rządowa drogach, w towarzystwie zakupionych siekier, grabi, plandek, mioteł, kabli elektrycznych etc. zmierzamy w stronę Brus, a następnie Dziemian i Trzebunia. Gdzieś w okolicach Białych Błot mijamy strażaków i cywilów pracujących w przydrożnych wiatrołomach. Od nich, podobnie jak wcześniej od wolontariuszy, dowiadujemy się o niedoborach sprzętowych w każdym niemal asortymencie. Na nasze tłumaczenie, że nie możemy im zostawić niczego z wiezionego sprzętu, bo zamówił go ktoś inny, kiwają z politowaniem głowami.

– Jedźcie z tym gdzie chcecie, ale… nic wam nie powiemy. Szkoda gadać. 

Przekazane w końcu siekiery rozwiązują niektórym język. Słyszymy, że sprzęt „gdzieś wsiąka” na poziomie administracji terenowej, że zaczęły się „biznesy” na darach i prywatne zlecenia na roboty, a tym najciężej pracującym pozostaje przyglądać się sytuacji i komentować ją we własnym gronie, bo na publiczną krytykę odważnych, póki co, nie ma. Żegnając się z chłopakami obiecujemy, że pozyskane ewentualnie spec-narzędzia przekażemy im z pominięciem jakiegokolwiek centrum dystrybucji. Tyle możemy.  

Kwadrans potem docieramy do kolejnej zniszczonej przez wichurę miejscowości, w której, jak i w wielu poprzednich, życie koncentruje się wokół remizy. Prywatne auta osobowe pełne żywności i środków czystości podjeżdżają nieprzerwanie, a rozładowane natychmiast odjeżdżają, by zrobić miejsce kolejnym. Tylko w ciągu godziny naszej tu obecności pod dom strażaka docierają dwie furgonetki z gorącym posiłkiem w ilości „dla pułku wojska”. Wcześniej zawitała też wojskowa straż pożarna, ale z relacji zwykłych ochotników wynika, że żołnierze tuż po przyjeździe spytali tylko o obiad i chwilę potem strażacki wóz wojskowy odjechał.

Przybywa miejscowy sołtys. I tu kolejna gratka dla zwolenników teorii spiskowych: do sołtysa podchodzi jeden z pilarzy i wygarnia mu, że ten kazał odblokować zawaloną drogę, choć ta prowadziła nie do siedzib ludzkich, a do… jeziora, na dodatek prywatnego. Mężczyzna „jedzie” po przedstawicielu wiejskiej władzy bezlitośnie, a sołtys tłumaczy się nerwowo – nazbyt nerwowo, byśmy mogli uznać jego wyjaśnienia za wiarygodne.

Nie odmawiamy sobie z Przemkiem kolejnej grochowej, tym razem w towarzystwie Ryszarda, krzepkiego i przyjaznego tej części świata wolontariusza, od którego po raz pierwszy słyszymy o pojawieniu się szabrowników. Oj, czas najwyższy wrócić nam do dziennikarskich zadań… Na pierwszy ogień obok Ryszarda idzie Oskar, jeden z tych, którzy natychmiast odpowiedzieli na apel miejscowych o pomoc rzeczową (tuż po kataklizmie dotarł z agregatem do potrzebujących). Oskar, za naszym pośrednictwem, przekazuje polskiej premierze kilka prostych żołnierskich rad, adekwatnych do sytuacji i postawy wobec niej władz RP. Mimo szczerych chęci nie znajdujemy kontrargumentów na zarzuty stawiane premierze przez Oskara. 

W ocenie samych miejscowych sytuacja wygląda jeszcze gorzej: władza centralna i wojsko nie biorą udziału w działaniach pomocowych, ew. czynią to mało skutecznie, wykazując się nieprzygotowaniem do powierzonych zadań lub brakiem decyzyjności wobec potrzeby sprawnego zarządzania działaniami. Trzeba jednak podkreślić, co sami zresztą stwierdziliśmy, że wśród pracujących ochotniczo są żołnierze obojga płci, którzy nie czekając na ministerialne rozkazy, w odruchu serca wspierają ludność cywilną tam, gdzie ona tego najbardziej oczekuje. Natomiast doskonałym przykładem rozdźwięku między „dołami”, a „górą” jest obrazek z Brus, gdzie pod siedzibą miejscowej OSP utworzył się naturalny front koordynacji działań pomocowych (miejsce to chwilami przypomina targowisko), zaś na pobliskim stadionie, w nominalnym, pełnym oficjeli centrum dowodzenia, nie dzieje się nic. Na naszą sugestię, że może by uruchomić tych ze stadionu, ludzie pod remizą reagują śmiechem i lekceważąco rzucają: „oni tam g…. wiedzą”.

Egzekucja

————

– Ujęcie pierwsze!

W tle skoszony w połowie wysokości las mieszany. Obraz brzóz i sosen, po przełamaniu wspartych koronami o ziemię, sugeruje autorstwo jakiegoś fana destrukcji, gorliwego wyznawcy Boga Wojny, a wręcz Jego samego. Arcydzieło, od którego nie da się odwrócić głowy, choć oczy same przymykają się z lękliwym niedowierzaniem. Brak ram czyni dzieło nieskończonym, a jednocześnie dokończonym. Tak mogłoby wyglądać zobrazowanie słowa „koniec”. Aż trudno wyobrazić sobie, że można tu zacząć coś od nowa. 

– Akcja…

Jadąc w to miejsce minęliśmy leżącą w ogrodzie jabłoń. Nie upadła pod ciężarem własnych owoców, ale w skutek czegoś, co można nazwać zemstą natury. Zemstą za Białowieżę, za rozstrzelane przez Szyszkę i jego kumpli bażanty, za niedolę koni w Janowie, za eksterminację tego wszystkiego, co mogło żyć, ale już nie żyje. 

Kończę, siadam, łapię się za głowę. Przemek robi zdjęcie. Do Suszka nie ma po co jechać. Suszka nie ma. Suszek jest wszędzie.

 

Tekst – Konrad Materna

Zdjęcia  – Konrad Materna i Przemek Raczek 

 

Rozmowy z powalonego lasu

Rozmowy z powalonego lasu.Wiemy, że to film strasznie długi; 20 minut to wiek w dobie internetowych przekazów. Ale powstawał przez dwa dni tam na miejscu, i nie zawiera nawet 10% tego co zobaczyliśmy.Staraliśmy się pokazać jak najwięcej, jak najwięcej przydatnych wskazówek, jak najwięcej ludzi, którzy tam pomagają. Te powalone lasy są tylko tłem dla wspaniałej postawy tak wielu ludzi. I dajemy to, co zobaczyliśmy; dużą nadzieję, nie tylko na naprawienie dachów, ale przede wszystkim na wspólnotę, która od półtora roku była metodycznie niszczona. Uwierzcie lub nie – nikt tam nie pyta skąd i kim jesteś i za czym uważasz. Liczą się sprawne ręce, serce do pomocy i cel. Konrad Materna i Przemek Raczek

Posted by Video-KOD on Monday, August 21, 2017

 

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij