A. Szejnfeld – Lelum polelum

W realnym świecie trudno o silnych ludzi po jasnej stronie Mocy.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… Tak rozpoczynają się wszystkie części sagi Gwiezdnych wojen, zapoczątkowanej przez George’a Lucasa. Opowieść o losach rycerzy Jedi, broniących porządku i pokoju w Republice Galaktyki, a także o próbujących ją zdominować Sithach, niezmiennie budzi niezwykłe zainteresowanie wśród młodych ale i dojrzałych fanów. Fascynuje nas nie tylko rozbudowana fabuła, efekty specjalne i widowiskowe sceny walki, ale również skomplikowane osobowości. Naprzeciw Dartha Vadera, przywódcy ciemnej strony Mocy, staje Luke Skywalker, którego odwaga jest w stanie poderwać innych do walki po jasnej stronie Mocy. Siły zła raczej nie mają więc szans z siłami dobra. Niestety, rzeczywistość pozafilmowa jest o wiele bardziej skomplikowana niż fabuła obrazu George’a Lucasa. W obu jednak przypadkach, kiedy powstaje zagrożenie, niepewność co do przyszłości oraz zwątpienie we własne siły, pojawia się oczekiwanie na charyzmatycznego przywódcę. Lidera, który pociągnie za sobą miliony…

Cóż, dzisiaj w realnym świecie trudno o silnych ludzi po jasnej stronie Mocy. Jednocześnie wręcz nadmiar ich pojawia się po tej ciemnej stronie. Źle to wróży przyszłości. W gronie europejskich i światowych polityków władzy wydaje się, że dominuje miałkość, przeciętność, wręcz bezosobowość. Największą na przykład potęgą polityczną, gospodarczą i militarną świata rządzi człowiek, który dobrze, że dostał Nagrodę Nobla na początku swojej prezydentury, bo u jej finiszu nie miałby chyba na to szans. I nie dlatego, że nie dbał o światowy pokój, lecz dlatego, że swoją słabością wzmocnił przeciwników spokoju. Słaby bowiem przywódca zawsze wzmacnia tych, którzy nie cenią błogiego dobrobytu. Obecnego prezydenta USA trudno więc zestawić choćby z jednym z jego poprzedników, Ronaldem Reaganem, dzięki któremu możliwe było obalenie komunizmu i „żelaznej kurtyny” w Europie. Jest więc dziś uznawany za jednego z najskuteczniejszych liderów demokratycznego świata po drugiej wojnie światowej.

Cóż, prezydent Stanów Zjednoczonych, to jednak nadal heros w porównaniu z przywódcami zachodniej Europy. Stary Kontynent cierpi bowiem już od dawna na chroniczny brak silnych osobowości, mocnych charakterów, niekwestionowanych autorytetów. Do wielu dzisiejszych europejskich liderów bardziej pasowałyby więc takie określenia jak „flaki z olejem”, „budyń” czy „galareta”. Miesiącami podejmowane najprostsze decyzje, dzielenie włosa na czworo, rozmowy, narady i szczyty, ciągłe konsultacje i negocjacje… Jeden krok do przodu, dwa do tyłu. To cechy dzisiejszych przewodniczących, prezydentów, premierów…

Podobnie więc, jak obecny prezydent USA traci szansę na historyczne miejsce w pamięci, tak obecni szefowie administracji krajów zachodniej Europy raczej nie zapiszą się złotymi zgłoskami na kartach historii naszego kontynentu. Bo na przykład, czy François Hollande może równać się z Charles’em de Gaulle’em we Francji? Tenże jest ceniony za walkę z hitlerowcami, ale i reformy podnoszące jego kraj do potęgi. Hollande natomiast zapamiętany raczej będzie z podwożenia skuterem ciepłych bułeczek wybrance swojego serca. Podobnie w pojedynku wizerunkowym między Margaret Thatcher a Davidem Cameronem, obecny premier Wielkiej Brytanii wypada jak pluszak przy agresywnej lwicy. Przeprowadzone przez Żelazną Damę reformy wyciągnęły Zjednoczone Królestwo z długoletniego marazmu i przekształciły kraj w jedną z najprężniejszych gospodarek świata. Cameron tymczasem przez kiwanie, kluczenie i brak zdecydowania sprawił, że Wielka Brytania jest dzisiaj o krok od rozbicia jedności Unii Europejskiej i uwikłania się w kryzys, jakiego nie przechodziła od ostatniej wojny!

Nasuwa się więc pytanie: skąd taki wysyp „lelum polelum”. Może to wina dobrobytu, zbyt długiego życia w pokoju, samozadowolenia i dążenia do jeszcze większego komfortu? Wszak ludzie dzisiaj faktycznie chcieliby tylko dużo zarabiać, mało pracować i niczym się nie przejmować. Następuje skrajna „humanizacja” życia oraz niemal całkowita „socjalizacja” gospodarki. Wszystko wszystkim się należy! Wszystko wszyscy mają mieć! Dzięki takiemu przeświadczeniu i poddawaniu się temu wybieranych słabeuszy możemy znów stanąć o krok od komunizmu. Pamiętać też należy, że w świecie haseł: nie dla niepewności! nie dla ryzyka! nie dla stresu!, nie ma miejsca dla krwistych liderów. Wydaje się więc, że miałcy przywódcy są „produktem” miałkiego społeczeństwa, społeczeństwa nastawionego na wygodne i lekkie życie. W okresie spokoju, pokoju i dobrobytu na liderów wybieramy „lelum polelum” i poprzez to nieświadomie torujemy drogę do władzy reprezentantom skrajnych postaw. Dla nich natomiast takie wartości jak demokracja, pluralizm, równość czy tolerancja albo społeczeństwo obywatelskie mają niewielkie znaczenie. Właściwie żadne!

Oczywiście nikt z nas nie chce wojen, a nawet zwykłych podziałów i konfliktów. Trzeba jednak pamiętać o tym, że społeczeństwa nie są jednolite i jednorodne. Zawsze są jakieś skrajności, a im bardziej dekadencja przenika kręgi społeczne, tym bardziej wzrasta siła przeciwników systemów, ustrojów, równości… Głowę podnoszą uśpione potwory głodne waśni, kłótni i przepychanek. Ludzie nastawieni wrogo do innych mają natomiast w swoim buncie większą siłę niż reprezentanci jasnej strony Mocy. Status mniejszości paradoksalnie dodatkowo ich wzmacnia. Stan „oblężonej twierdzy” tworzy bowiem poczucie zagrożenia, a zarazem bliskości i solidarności „ze swoimi”. Tworzy silne więzi, jedność i determinację. Środowiska te, niosące często na sztandarach idee religijnej wiary i miłości, najczęściej „zakochane są” w brutalnej przemocy. Jak bowiem mniejszość może narzucić swoją wolę większości? Uważają, że butą i siłą. Tylko przemocą! Buntownicy oczywiście na przywódców wyłaniają sobie podobnych buntowników. Ludzi nieliczących się z opinią publiczną, z wartościami, których nie uznają, często z rzeczywistością prawną i ustrojową. Z czasem dochodzi więc do starcia „lelum polelum” z „krwiożerczymi bestiami”. Kto z tych potyczek wychodzi cało, przynajmniej w krótkim czasie, uczy nas historia.

Władimir Putin, Wiktor Orban czy Jarosław Kaczyński to przeciwieństwa obecnych przywódców USA, Francji czy Wielkiej Brytanii. Są pewni siebie, przekonani o własnej nieomylności, bez mrugnięcia okiem wskazują nie tylko winnych problemów, ale jednocześnie potrafią zaproponować szybkie i „łatwe” rozwiązania. To ludzie, którzy nie owijają w bawełnę, to liderzy, którzy nie robią ceregieli. Nie będą się też obawiali użyć siły, nie tylko tej politycznej, gdy uznają to za konieczne do realizacji swoich celów. Te bowiem zawsze w tym gronie uświęcają środki.

W niepewnych czasach, a w takich żyjemy, liczyć się muszą uniwersalne wartości oraz najważniejsze instytucje demokratycznego państwa. Ich fundamentem zawsze jest konstytucja. To ona broni przed nieuprawnioną zmianą ustroju, to ona chroni przed niszczeniem dorobku wcześniejszych pokoleń, to ona stoi na straży autorytetu państwa. Największą wartością więc, której trzeba bronić, jest Ustawa Zasadnicza! Warto o tym pamiętać nie tylko w dniu kolejnej rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja.

Adam Szejnfeld

Poseł do Parlamentu Europejskiego

www.szejnfeld.pl

www.kobiecastronazycia.pl

Dodaj komentarz

Ta strona wykorzystuje pliki cookies więcej informacj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies.

zamknij